Wings for Life Run ➽ 2019

wpis w: Bieganie, Relacje | 0

Wings for Life to bieg, o którym się trąbi na wszystkich rynkach… Tak się zaczęła moja relacja z ubiegłego roku. W tym roku to akurat coś, co mnie raczej zniechęca do wzięcia udziału w biegu, bo od paru(nastu) tygodni mam kompletny kryzys, jeżeli chodzi o bieganie w biegach masowych, kilkutysięcznych. Mam dość biegania slalomem, trącania mnie wystawionymi na boki łokciami, widoku gości sikających na poboczu i porozrzucanych wszędzie tysięcy kubków i butelek. I hałasu. Wylewa mi się to uszami.

Ale Wings for Life Run – to Wings for Life Run i kropka. Zapisałam się na to wydarzenie w październiku ubiegłego roku i oczywiście w ogóle nie wchodziło w grę, abym z tego startu miała zrezygnować. Cel jest zdecydowanie wyższy niż moje „fanaberie” ;)

W tym roku moim wiosennym startem priorytetowym był Półmaraton Warszawski, a zaraz po nim w kolejności ważności Maraton Orlen. Choć teoretycznie powinno być chyba odwrotnie… Ale o tym kiedy indziej. Z powodu kontuzji, z którą się męczyłam od wielu tygodni nie biegałam tydzień przed Orlenem i dwa tygodnie po nim. Fizjoterapeuta tak mnie nastraszył, że nie zrobiłam ani kilometra biegiem. Nawet do autobusu. Bardzo delikatne bieganie zaczęłam tydzień przed Wingsem, niewielkie dystanse, lekkie akcenty. O formie i kondycji nie było mowy, czułam się jak słoniątko… Jednak formuła tego biegu jest tak specyficzna, że można w nim pobiec tyle, ile można, a nie tyle ile trzeba – co daje pewien komfort. Ale z drugiej strony – kompletnie go odbiera, jeżeli chce się trochę powalczyć… bo do samego końca nie wiadomo jak długo się będzie biec na maksymalnej intensywności :D

Start biegu jest o 13:00 – my na miejscu jesteśmy od około 11:00. Pakiety mieliśmy odebrane już w piątek przez koleżankę, więc na spokojnie pokonujemy odległość z Łodzi do Poznania. Parkujemy w Avenidzie – sprawdzona miejscówka parkingowa – tylko dwuzłotówki na toaletę trzeba mieć, jeśli chce się z niej skorzystać będąc w galerii  ;)

Do placu, z którego startujemy, docieramy w parę minut zgarniając po drodze znajomych, strzelamy parę fotek, jeszcze raz idziemy wc (kolejka kosmoooos) i ustawiamy się w strefie startowej. Tym razem rozegraliśmy to zdecydowanie lepiej niż poprzednio, bo zamiast na luzaku ustawiać się na końcu, jak na innych biegach, gdzie rozróżnia się czas brutto / netto, weszliśmy tam, gdzie nasze miejsce. Czyli na oko parę tysięcy osób bliżej linii startu niż rok temu. Rozgrzewka? W takim tłumie to taki żart raczej, więc ograniczyłam się do rozgrzania stawów skokowych obawiając się o moją lewą nogę, która niespecjalnie miała ochotę biegać. Oczywiście na wizycie kontrolnej byłam kilka dni wcześniej, żeby dostać pozwolenie na bieganie. Pozwolenie dostałam, a nawet dostałam nakaz biegania szybciej, niż mam to w zwyczaju. Czyli moje urocze „tempo siedem” – odpada.

W ubiegłym roku nabiegałam 12,57 km i miałam wielkie poczucie niedosytu i niesprawiedliwości, bo według kalkulatora biegnąc tempem 6:00 powinnam była pokonać 15 km. Tym razem bardzo miałam ochotę na te 15 kilometrów, ale biorąc pod uwagę brak treningów, kontuzję, maraton 3 tygodnie wcześniej, dość intensywny tryb życia, łydki skasowane na siłowni 3 dni wcześniej, dobite dzień później na basenie skurczami, 4,5 godziny snu przed wyjazdem i 4 godziny spędzone za kierownicą – stawiałam na max 13 km. Założyłam nawet motywującą koszulkę z Fundacji „DOM w Łodzi” ze szczęśliwą trzynastką. Nie wiem jak Was, ale mnie takie rzeczy bardzo nakręcają ;) Plan B zakładał chociaż 100 metrów więcej niż poprzednio, a plan awaryjny – dychę. Brałam w ciemno.

Start! Oj, nie niee, nie tak prędko, najpierw jeszcze chwilę trzeba postać. Kilka kroków przejść. Postać. Ruszyć truchcikiem, powoli się rozpędzać, by przekroczyć linię startu. Od tego momentu lecę jak rok temu – pierwsze 10 km na pełnej pompie, dalej do porzygu. Tylko nie wiedziałam ile będzie trwać to „dalej”…

Po około kilometrze – zator. Taki, że… stoimy. No nic, dużo nas przecież :) Po chwili lecimy dalej. Przypominam sobie, że nie zjadłam zaplanowanego banana, ssie mnie w żołądku z głodu… Na szczęście mam jeden żel. Zjem na szóstym km, przy wodopoju. Na 13 kilometrów wystarczy. W plecaku mam jeszcze batonik – sprasowane owoce, ale wyjątkowo nie lubię się wypinać z tych wszystkich pasków w biegu. Około 5 kilometra odważam się założyć jedną słuchawkę, muzyka cichutko, bo nadal tłumnie. Lecę sobie równo, noga podaje, tempo trzymam bezpieczne, parę sekund szybciej od półmaratońskiego. Żel zjadam planowo na szóstym, zaczyna się lekko w górę, ale nadal luz. Wiem, że nie są to takie różnice wzniesień, żeby miały wiele zmienić. Jedyna „górka”, którą zapamiętałam to 9-10 kilometr – tam sporo osób odpada. Nie inaczej było tym razem. Wybiegamy na płaskie, a nawet lekko w dół – pamiętam doskonale to miejsce – stąd odjeżdżaliśmy rok temu autobusem. Gęba mi się cieszy, w słuchawce piosenka, którą nagrał mi synek (mamo, przy tym będzie ci się dobrze biegło, zobaczysz). Jest dobrze – do trzynastego dobiegnę na pewno. Zakładam drugą słuchawkę, tłum rzednieje. Jest pięknie. Pogoda jak zamówiona, tylko czasem dmuchnie zimnym wiatrem, ale to dobrze, bo mi już jest za gorąco, stopy zaczynają mnie palić.

Jedenasty, dwunasty kilometr – jest i trzynasty! Cieszę się jak cholera i zastanawiam się czy może już tu zostać? Zaraz się karcę – no chyba oszalałaś! Co z tego, że tętno cały czas powyżej 170? Samopoczucie ok, to w czym rzecz? No to lecę! Ciach i czternasty! Ale super! Coś mnie strasznie boli na stopie – pęcherz mi się robi, w tym ledwo zagojonym miejscu po maratonie, to nic! Tętno blisko 180, to nic! Zaraz Adam przyjedzie i będzie koniec. Biegnę dalej, Adama nie ma… Przede mną biegnie dziewczyna w rozwiązanym bucie, doganiam ją i dyszę, że BUT! Pokazuję palcem. Ona macha ręką, nie szkodzi, lecimy! No to lecimy dalej razem. Wyją syreny w wozach strażackich na poboczu, nad nami cały czas lata helikopter, kibice trąbią na wuwuzelach, ktoś krzyczy, że Małysz jedzie! Przyspieszamy, uciekamy! Jest 16 kilometr! Już nie mogę, wszystko mnie boli, brzuch, stopa, coś mnie kłuje pod żebrami, jak ja nienawidzę tego stanu! Chcę przestać biec! Nogi mam już totalnie z betonu, pęcherz na stopie pali żywym ogniem… Dostaję sms, wyciągam telefon – Olka: „Ewka, gdzie jesteś? Osmulski prowadzi w Poznaniu„! Szok! Zwalniam, odpisuję: 16,4 km – zgon. Olka na to pisze nasze hasło motywujące – „powoli i do przodu„. Już nie odpisuję, tylko sapię i w myślach klnę, ku*wa, tu się nie da „powoli„! Ale i tak jestem jej wdzięczna. Zbieram się w sobie. Lecimy z dziewczynami ile sił, na autopilocie, widzę flagę 17 oddaloną ode mnie o jakieś 200 metrów! Dogania mnie quad z ekipy Małysza. I myślę – jasna cholera!!! Jarkowi Piechocie rok temu brakło 160 metrów do 30. – pamiętam jak o tym rozmawialiśmy, ten żal. Zaciskam zęby i mając samochód pościgowy dosłownie za plecami – dopadam do flagi. Koniec! Ściskamy się z dziewczynami, z którymi biegłam, ryczymy z radości i ulgi… Oficjalny wynik 17,03 :D Mam to!

Do flagi oczywiście kolejka, każdy chce foto – lans się musi zgadzać! :)

Wpada na mnie Kasia, zaraz znajduje się i mój mąż, który przebiegł więcej niż ja, jest też Pablo. Jest super! Przebieramy się w suche ciuchy, zawijamy w folie.

Powrót tym razem przebiegł o wiele sprawniej – autobusy dowiozły nas do pętli i stamtąd po medale jechaliśmy tramwajami, nie stojąc w korkach. Genialne rozwiązanie! A medale – chyba najładniejsze ze wszystkich edycji <3

Jedyne czego zabrało tym razem, to tradycyjnego wspólnego wypadu na burgery po biegu, ale nagle zrobiło się okropnie późno, a do Łodzi daleko…

Dopiero w drodze powrotnej dowiedzieliśmy się o wyczynie Tomka Osmulskiego, który zaskoczył wszystkich – siebie też – i wygrał ten bieg w Poznaniu!!! Więcej o wspaniałych wyczynach Polaków na tegorocznej edycji Wings for Life Run można (a nawet trzeba) poczytać tutaj:

http://www.festiwalbiegowy.pl/biegajacy-swiat/dominika-stelmach-wicemistrzynia-wings-life-world-run-2019-tomasz-osmulski-i?fbclid=IwAR1mlwkuyIRctPxuV0yma0I2AVxsb9vY5mMnQ-VSoRIQ40LbmkYRRw1Oj8A#.XNMrYo4zYdV

i tutaj ;)

Wings For Life

Wielkie gratulacje dla wszystkich, którzy biegli dla tych, którzy nie mogą!