Wielka Pętla Izerska

wpis w: Bieganie, Fotografia, Relacje | 2

Wakacje na półmetku, a ja tradycyjnie w tyle. Już przestaję się powoli łudzić, że kiedykolwiek wykopię się spod sterty zaległych postów. Ale Wielka Pętla Izerska to bieg, o którym po prostu muszę napisać :D

O tym, że pobiegniemy w Izerach zdecydowaliśmy dość dawno (marzec? kwiecień?). Ponieważ od kilku lat w wakacje jeździmy w Tatry i po tatrzańskich kamorach szlaki izerskie już nie są tak satysfakcjonujące, nie stanowią dla nas technicznego wyzwania, postanowiliśmy nieco zmienić kryterium i po nich pobiegać :D a to już takie łatwe dla mieszczucha nie jest :D

Jak wiecie, mieszkam w Łodzi i na co dzień biegam niestety po asfalcie, nad czym bardzo ubolewam. Kiedy tylko mogę, zapisuję się na biegi terenowe – czy to w łódzkich Łagiewnikach, czy Teodorach, czy koło Zalewu Sulejowskiego. Ćwiczę podbiegi kiedy się da, ale to wszystko jest za mało, żeby mówić o jakiejkolwiek formie na bieg w górach. Ale to nic. Oczekiwałam przede wszystkim wielkiej satysfakcji z samego faktu bycia tam i pokonania izerskich szlaków inaczej niż do tej pory.

A jak było do tej pory? Kilkanaście lat temu po raz pierwszy postawiłam tam swoją nogę i pomimo wielkiego zniszczenia lasów zakochałam się w Izerach od razu. Tak bardzo, że rok później w ramach pracy dyplomowej napisałam monografię krajoznawczą Gór Izerskich. Przy okazji zbierania materiałów do tej pracy odbyliśmy fantastyczną majową wyprawę, podczas której robiliśmy zdjęcia, przedzieraliśmy się przez śnieg do pasa, szukaliśmy stanowisk reliktowej brzozy, oglądaliśmy z bliska torfowiska. Zazwyczaj chodząc po górach patrzy się daleko przed siebie, człowiek zachwyca się przestrzenią, a tym razem chodziliśmy z nosem przy ziemi i było to równie fantastyczne doświadczenie. Od tamtego czasu minęło 15 lat, w czasie których byliśmy między innymi w górach Stołowych, Bieszczadach, ukraińskiej Czarnohorze, na Krymie, a także bliżej zaprzyjaźniliśmy się z Tatrami. Izery oczywiście też odwiedziliśmy kilka razy, z radością obserwując jak wspaniale rosną lasy i przestają być widoczne skutki ogromnego zniszczenia środowiska sprzed wielu lat.

A teraz przyjechaliśmy do Szklarskiej Poręby chcąc przedeptać izerskie szlaki w butach biegowych. Aha… właśnie. Buty… Pakując torbę naszykowałam sobie zwykłe swoje butki, saucony. Wiem, że w Izerach jest sporo asfaltu, są trasy rowerowe i generalnie jest płaska droga, twarda. W ostatniej chwili, przed wyjazdem dorzuciłam moje „pancerne” salomony. No i się zaczęło. Osiołkowi w żłoby dano. Te? Czy może te? Bo saucony wygodne, lekkie, a salomony jednak cięższe, bez amortyzacji. Bałam się, że znowu narobię sobie pęcherzy. Przed wyjściem na bieg chciałam nawet rzucać monetą. Założyłam jednak saucony. W całym już rynsztunku z kluczem w drzwiach… zmieniłam zdanie. Szybko zmieniłam skarpetki, buty i poszliśmy na stadion. No i oczywiście całą drogę zastanawiałam się czy to był dobra decyzja, czy może jednak zła? Patrzyłam na buty jakie mieli na nogach biegacze i drętwiałam, bo większość miała zwykła asfaltówki. Myślę sobie – no to pięknie. Jestem ugotowana. Gorąco, buty ciężkie – stopy będą do odcięcia. Lecz za późno było na to, by po raz kolejny zmienić zdanie, zresztą klucz do pokoju miał mój mąż, hehe :D

zdjęcie z fanpage’a Wielkiej Pętli Izerskiej

 

Po świetnej rozgrzewce, toalecie, uruchomieniu GPS stanęliśmy na starcie przy stacji Szklarska Poręba Górna. Start był jakoś za szybko, nie zdążyłam dobrze się ogarnąć nawet i już strzał! Po około 800 metrach do marszu przeszła pierwsza dziewczyna koło mnie i myślę sobie, no nieee – już??? Sama pękłam jakieś 400 metrów dalej. Czyli nieco wyżej, bo od samego startu było trasa wiodła cały czas w górę przez około 14 km. Z małymi odcinkami z górki, lub po płaskim, ale nie na tyle długimi, żeby dało się porządnie odpocząć. Biegliśmy sobie zatem, maszerowaliśmy, robiliśmy zdjęcia, ja cieszyłam się zapachem, lasem. Cieszyłam się tak bardzo, że dwa razy się popłakałam, z radości, że TU JESTEM, że tu biegnę, że jest tak pięknie! Aż mnie zatykało. A może to za wysokie tętno po prostu? Nieważne, było wspaniale. Na 13 kilometrze miałam jednak już trochę dość tego podbiegu i wtedy ukazała się tablica z napisem „nie poddawaj się”. Nie walczyłam o wynik, ale i tak dobrze mi zrobiło to hasło :D Trzymałam się myśli, że zaraz będzie z górki na pazurki i sobie odpocznę. Nic bardziej mylnego! To dopiero była jazda! Całe ciało w euforii chciało frunąć, a nogi… nie miały już siły… od 16-17 kilometra zaczęły łapać mnie potworne skurcze w całych nogach, wmawiałam sobie, że to rozbiegam, ale skąd… Tuż przed metą, na ostatnich delikatnych podbiegach (naprawdę kosmetycznych w porównaniu z poprzednimi) złapało mnie tak strasznie, że musiałam się zatrzymać. A przed tartanem, 100 metrów od mety prawie się przewróciłam z bólu. Na metę doholował mnie za rękę mąż, a ja zaciskałam zęby, żeby się nie rozbeczeć. W życiu nie doznałam tak strasznego bólu ud i łydek. Zaraz podeszła do mnie wolontariuszka, żeby sprawdzić czy wszystko ok – to tylko skurcz, nie siadać, nie siadać! Po krótkim marszu i rozciąganiu przeszło. Uff… Przepiękny, wywalczony medal jest, ja jestem cała obolała, ale szczęśliwa jak cholera. Całe szczęście, że nie założyłam butów na asfalt! Leżałabym pewnie na glebie parę razy, bo sporo było zbiegów po drodze kamienisto – żwirowej. Być kobietą… Zmieniać zdanie, ech :D

A teraz trochę zdjęć z trasy:

i na koniec dwa śliczne zdjęcia od fotosa.pl

Jeżeli ktoś z Was się zastanawia czy brać udział w tym biegu – BRAĆ! Jest SUPER!!!!

  • Krystyna Polek

    Jesteście wspaniali!! Dla mnie półmaraton to za dużo nawet na asfalcie! Czytałam Twoją opowieść i łydki same zaczęły boleć… :D Jakbyś potrzebowała współczucia to wal jak w dym! :D

    • Krystyno, ojojanie zawsze mile widziane, tym bardziej, że sama nad sobą raczej się nie rozczulam :D O dziwo – na drugi dzień nie bolało tak bardzo jak się spodziewałam! I to jest kolejny dowód na to, że bieganie po asfalcie jest do kitu :D :D