Trail Kamieńsk – zima 2017

wpis w: Bieganie, charytatywnie | 2

Bieg po Górze Kamieńsk zajmie szczególne miejsce w mojej pamięci. Przede wszystkim dlatego, że to było kolejne wyzwanie, z którym chciałam się zmierzyć. Bieg górski – choć w centrum Polski, zimowy – trudny. Góry od zawsze są dla mnie ważne, spędziłam w nich wiele cudownych chwil, tam najlepiej wypoczywam i pomiędzy jednymi wakacjami a drugimi marzę o tym, by wleźć na jakiś szczyt lub przełęcz, odliczam dni do kolejnego wyjazdu. Gdy dostałam mail od inessport z informacją o tym wydarzeniu – od razu wiedziałam, że chcę wziąć w nim udział. Góra Kamieńsk, choć jest górą sztuczną, najwyższą  w środkowej Polsce (386 m n.p.m.), utworzoną z odpadów kopalni węgla brunatnego – to jest górą, na którą można wleźć i się spocić, i tam mnie jeszcze mnie nie było – choć z Łodzi mam bardzo blisko :D Ponadto – ciekawostka: jest moją rówieśnicą – jej usypywanie zaczęło się miesiąc po moich urodzinach, mamy więc ze sobą coś wspólnego :)

Pogoda była bajkowa. Mróz -5°C, słońce, czysty błyszczący śnieg. Po krótkiej odprawie (której w ogóle nie słyszałam) wystartowaliśmy o 10:00. Po pierwszym dość solidnym podbiegu (podejściu) był równie solidny zbieg – po gładkim, ubitym śniegu i potem nawet troszkę dało się pobiegać. Było fantastycznie, wyjątkowo nie założyłam na uszy nic do słuchania – w zamian przez całą drogę wsłuchiwałam się w skrzypienie śniegu pod stopami, zachwycałam błękitem nieba, wiatrakami, ośnieżonymi drzewami – to wszystko było dokładnie tym, czego oczekiwałam po tym biegu i całą sobą wchłaniałam te doznania.

Żeby dobiec do mety trzeba było pokonać jeszcze jeden podbieg i jeszcze raz zbiec tuż obok narciarzy. Przy drugim zbieganiu już nie pozwoliłam sobie na takie susy, jak za pierwszym razem, bo wiedziałam jak tam ślisko, a trochę bolał mnie mięsień prostownik uda po czwartkowych szaleństwach na treningu SBRT. Udało mi się nie wywinąć orła tuż przed metą (a uwierzcie, że mnóstwo ludzi lądowało na tyłku). Na mecie byłam 80. na 100 startujących, ale ja jestem z siebie zadowolona pomimo tego, że byłam prawie na samym końcu, bo całą trasę przebiegłam bez żadnych problemów technicznych i w świetnym nastroju, gadając z moją biegową towarzyszką Anią, robiąc zdjęcia, kręcąc filmiki, „natychając” się całą tą atmosferą. Bo według mnie właśnie o to chodzi w tym całym bieganiu – o te ulotne chwile, które daje wysiłek, adrenalina i bliskość przyjaciół w tym wspólnym wyzwaniu.

A to ja w ruchu :D
W tym samym dniu w Warszawie odbył się bieg charytatywny zorganizowany przez Fundację Maraton Warszawski „Biegam dobrze dla Aleppo”. Bardzo bardzo chciałam tam być, ale niestety nie da się być w dwóch miejscach naraz, więc choć napisem na plecach wspierałam biegaczy z Warszawy. 

Po naszym biegu czekaliśmy jeszcze na resztę ekipy, która biegła 30 km, podjadając ciastki różne. Na koniec – wspólna fota, i do domu…

To był piękny dzień!

  • „Bo według mnie właśnie o to chodzi w tym całym bieganiu – o te ulotne chwile, które daje wysiłek, adrenalina i bliskość przyjaciół w tym wspólnym wyzwaniu” – pięknie napisane, podpisuję się. :-)
    No i po raz kolejny napiszę #brawoTy. :-)

    • Dzięki Basiu! Bieganie daje różne rzeczy, ale tak jak dla mnie – najmniej daje ta cyfra na końcu. Fajny jest dobry wynik, ale najfajniejsze jest to wszystko, co dzieje się po drodze :D