RockRun Jarocin 2017 – Relacja

wpis w: Bieganie, Relacje | 6

Rok temu brałam udział w rockowym bieganiu po raz pierwszy (pisałam o tym TUTAJ). Wtedy byłam w bardzo złej kondycji psychicznej, byłam przerażona upałem, coś tam z brzuchem się kręciło i poszło mi fatalnie. Albo nawet gorzej niż fatalnie – tyle tylko dobrego, że dotarłam do mety o własnych siłach.

Na ten rok miałam bardzo prosty plan. Pobiec szybciej niż w ubiegłym roku – co nie było trudne, biorąc pod uwagę tamten wynik (prawie 2:40), ale przede wszystkim NIE ZATRZYMAĆ SIĘ na końcowych kilometrach, które są pod górkę. Nie jest to jakieś ogromne wzniesienie, ale prawie 4 kilometry lekko lekko pod górę. Irytująco :D

W Jarocinie byliśmy dzień wcześniej, u rodziny. Odebraliśmy pakiety, pokręciliśmy się trochę i popstrykaliśmy fotki chodnika, flag i innych gadżetów. Aha, muszę koniecznie wspomnieć, że poczułam się zaopiekowana przez organizatorów, ponieważ w piątek dostałam sms z wszystkimi niezbędnymi informacjami, a w sobotę przyszedł sms do juniora – było wszystko dokładnie napisane gdzie, o której mamy się stawić. Niczego nie musiałam szukać ani na stronie, ani na fejsiku. A to wcale nie jest takie oczywiste przy mniejszych biegach ;)

W niedzielę rano wstaliśmy niespiesznie, ponieważ start był o 12:15 – tak jak rok temu. Pogoda dopisała tak, jakby była zamówiona specjalnie dla biegaczy. Około 15-16 stopni, przez paręnaście minut mżawka. Po rozgrzewce, która odbyła się na murawie stadionu gruchnął znak na start. Dosłownie – bo z armaty :D Aż podskoczyłam! To był świetny bodziec do startu.

Ruszyłam w tempie oczywiście nieco szybszym niż sobie zaplanowałam, ale wiedząc, że pierwszych kilka kilometrów jest z górki, nie przejmowałam się tym zbytnio. Atmosfera była znakomita. Jeden z pierwszych punktów z wodą – stolik nakryty serwetką!! – kapele, muzyka z głośników z prywatnego domu, ludzie przybijający piątki. Wszystko było idealnie! Na 11. kilometrze kibicowała nasza rodzina, dodali nam sporo mocy swoim bannerem i okrzykami :D Od tamtego momentu zaczęło się najfajniejsze. Około 14 km zobaczyłam przed sobą, dość daleko, dziewczynę w jaskrawożółtych kompresach i postanowiłam ją dogonić max do 15,5 km. Niestety miała moc skubaniutka i dopadłam ją dopiero na 16. :D Wysapałam biedulce, że od teraz to ona mnie goni i i poleciałam dalej czekając na podbieg. Zaczęło się – na około 16,5 km zobaczyłam mały mostek, który był mniej więcej na początku. I jak na początku na sygnał armatni podskoczyłam do biegu, tak teraz równie gwałtownie złapały mnie skurcze w obie łydki i kolka! Ze strachu? Nie wiem. Było to okropne, piekło i bolało, ale obiecałam sobie, że się nie zatrzymam choćby nie wiem co. Zegarek pokazywał mi, że lecę na życiówkę i już nie chciałam tego odpuścić, tym bardziej, że naprawdę znakomicie się czułam. Skurcze minęło, Kolka też, trochę tylko już mi się przelewało w żołądku, bo nie miałam sumienia odmawiać uśmiechniętym, przejętym rolą dzieciakom i harcerzom podawanej wody :D Od pewnego momentu tylko udawałam, że piję, albo opłukiwałam ręce. Pod tym względem chyba nikt nie mógł narzekać ;) Byli nawet wolontariusze na rowerach – rozwozili wodę i banany :D

Wracając jednak do podbiegu – dogoniłam chłopaka, który przeszedł do marszu, potem dziewczynę. Bardzo szybko ich wyprzedziłam, żeby nie stało się to co rok temu – patrząc na maszerującą dziewczynę też się wtedy poddałam. Do mety dobiegłam zadziwiająco raźno, zadowolona jak diabli – z czasem 2:11’04. Życiówka z Warszawy poprawiona o 1’52” Jakież było moje zdziwienie gdy dostałam sms z informacją, że zajęłam trzecie miejsce w kategorii K40! Ludzie złoci! JA NA PUDLE?! Pierwszy raz w życiu :D Szok :D Fajnie, że to akurat w Jarocinie! Będę miała jeszcze więcej fajnych wspomnień stąd. Czekając na dekoracje poszliśmy korzystać ze wszystkich dobrodziejstw jarocińskiej strefy finishera. Na basen było trochę za zimno, a ja nie miałam nic do przebrania, więc ciepła kawa była bardzo mile widziana. Były do wyboru dwa cieple posiłki, owoce, ciasto… A dla duszy i oka – występy dzieciaków na scenie.

Serio – jeśli ktoś się zastanawia czy warto pojechać do Jarocina – BARDZO WARTO! Organizacja super, trasa super, życzliwość wolontariuszy, mieszkańców – nie do opisania… Dodam jeszcze, że chyba nigdzie nie czułam się tak bezpiecznie – karetka jeździła cały czas wzdłuż całej trasy – tam i z powrotem, na całej długości trasy było też bardzo dużo strażaków i harcerzy.

A na mecie oprócz pudła czekała na nas żywa niespodzianka – zakolegowana blogerka jarocińska, czyli Ruda Paskuda :D Fajnie wreszcie było spędzić trochę czasu razem – na żywo :D

Do zobaczenia za rok!

  • czytam i się wzruszam, tak na mnie działają te emocje biegowe <3 pięknie <3

    • Akurat – ja myślę, że to nie emocje biegowe tak na Ciebie działają, hihihihi :D

  • Rodzinka Biega

    Gratulujemy nowej życiówki i miejsca na podium. Oby tak dalej! Może i my wybierzemy się do Jarocina :D
    Pozdrawiamy, Rodzinka Biega

    • Dziękuję!!! A RockRun z całego serca polecam!!!
      Pozdrawiam Rodzinkę :D

  • Joanna

    To dopiero był bieg! Cudowne emocje zwycięzcy jeszcze przed metą. Gratulacje! :) …i oby więcej tych pudeł. ;)

    • Niespecjalnie liczę na te pudła, ale oczywiście będę się cieszyć z każdego :D Podobno w kategorii K-50 jest całkiem łatwo, bo już mało pań biega w „tym” wieku… ;)