Rockowe Bieganie w Jarocinie

wpis w: Bieganie, Relacje | 0

„niedziela, 5 czerwca 2005

Wielki sukces reaktywowanego Jarocina, dziesięć tysięcy ludzi słuchało Dżemu, Armii i TSA. Pokolenie JP2 uczestniczyło w corocznym spotkaniu modlitewnym na Lednicy. Zbigniew Religa ogłosił, że będzie kandydował na prezydenta i że chce być „kandydatem zgody narodowej”. Na jubileuszowym dziesiątym pikniku lotniczym w Góraszce pojawiły się dwa myśliwce F-16, wzbudzając entuzjazm zgromadzonych. W Baku polska reprezentacja rozgromiła w kiepskim stylu Azerbejdżan 3:0, a trener Azerów pobił sędziego. W Warszawie policjanci wręczali kierowcom makabryczne zdjęcia ofiar wypadków ku przestrodze, na Mokotowie zapalił się autobus linii 122, a na Kinowej wywróciła się karetka wioząca wątrobę do przeszczepu. Kierowca, pielęgniarka i lekarz trafili z potłuczeniami do szpitala, wątroba ocalała i tego samego dnia została przeszczepiona pacjentowi kliniki na Banacha. Maksymalna temperatura w stolicy 20 stopni, przelotne opady. „

Właśnie tak zaczął się mój bieg w Jarocinie – tuż po wystrzale z armatki włączyłam w telefonie audiobook „Uwikłanie” i mój ulubiony lektor, pan Jarociński, zaczął czytanie właśnie od Jarocina, niestety jednak nie sprawdziło się to, co wyczytał w ostatnim zdaniu. Temperatura przekraczała 30°C, niebo było piękne, niebieskie, bezchmurne.

dsc_4582

Ten bieg był wymarzony, wyczekany od wiosny. Miała to być moja druga oficjalna połóweczka. Przygotowywałam się do tego biegu kilkanaście tygodni, realizując plan treningowy bardziej lub mniej skrupulatnie, bo życie i praca czasem nie pozwalały mi pobiegać zgodnie z założeniami, a też przecież trzeba między treningi wpleść aktywny dwutygodniowy urlop. Plan na ten półmaraton był taki, że poprawiam swój kwietniowy wynik w Warszawy. Wtedy miałam zrobić 2:15, ale z powodu kontuzji wykrzesałam z siebie 2:19:57 i właśnie teraz, w Jarocinie, miałam zrobić plan pierwotny, czyli właśnie te 2:15. Zrobiłam wszystko – długie wybiegania, ćwiczenia siły, podbiegi, interwały, tempówki i inne cuda wianki. I z każdym kolejnym tygodniem czułam się coraz gorzej, coraz słabiej, traciłam moc. Pomyślałam sobie, że może to przez taki intensywny sierpień? W sumie 270 km w nogach – wędrówki po górach, bieganie, spacery. Zaczęłam znów intensywnie pić sok z buraków, bo drugi powód spadku formy, który przyszedł mi do głowy, to nawrót anemii. Coraz bardziej zaczęłam sobie w myślach odpuszczać parcie na wynik, bo to już chyba całkiem zawaliłoby i tak już delikatną konstrukcję mojej formy, a na kolejną kontuzję nie miałam ochoty. Dwa tygodnie przed startem zaczęłam obserwować prognozy pogody i to już całkiem pogrzebało moją nadzieję na dobry czas – wszystkie serwisy pogodowe zapowiadały upał, 30 stopni. A start zaplanowano na samo południe, punkt 12:15. Porozmawiałam ze sobą całkiem poważnie i doszłam do wniosku, że czas 2:30 też jest bardzo fajny. Biorąc pod uwagę tropikalny Bieg Fabrykanta (zwany też Biegiem o Przetrwanie) z końca sierpnia, wiedziałam, że upał to coś, co zupełnie mi nie pomaga w biegu. A wręcz przeciwnie.

A zatem powstał nowy plan, zakładający czerpanie radości z biegu i obserwację okolicznych wielkopolskich wsi i lasów przy jednoczesnym zachowaniu dobrego samopoczucia – tętno do 165 i ani uderzenia więcej. Choćby nie wiem co.

W niedzielę rano odebraliśmy pakiety startowe zawierające między innymi nasze wymarzone koszulki z glanem, wróciliśmy do domu cioci i wujka, u których spędzaliśmy ten weekend, przebraliśmy się i wróciliśmy na stadion. Tradycyjnie porobiliśmy sobie selfiki, rozgrzewkę sobie odpuściłam, bo i tak już byłam w stanie półpłynnym, potupaliśmy sobie tylko na ślicznej, mięciutkiej bieżni i czekaliśmy na start. Pietra miałam jak diabli. Bolała mnie głowa po źle przespanej nocy i smutnych przeżyciach dnia poprzedniego, o których tutaj nie chcę pisać. I jeszcze do tego bolał mnie brzuch. Byłam jednak przygotowana jak na wojnę, wzięłam tabletki na bóle ciała i stanęłam na linii startu.

dsc_4586
Mój towarzysz na kilkanaście kilometrów :D

Rozległ się huk z prawdziwej armatki i ruszyliśmy. Od pierwszych metrów nie pozwoliłam sobie na przekroczenie zakładanego tempa – chyba pierwszy raz w życiu. Słuchałam książki i biegłam. Pierwsze pięć kilometrów pobiegło mi się tak fajnie, że zaczęłam myśleć, że już się może w końcu oswoiłam z tym upałem, że będzie dobrze! Po piątym kilometrze biegacze z czerwonymi numerami (bieg na 10 km) zawrócili, a my, z numerami niebieskimi pobiegliśmy w prawo. Do tej pory cały czas ktoś koło mnie był, w jakimś ogródku grała kapela, a teraz nagle… zostałam sama… Bardzo się cieszyłam z tego, że tak mało ludzi startuje (na 21 km około 190 osób), ale teraz okazało się, że zabrakło mi tego ciągnika rywalizacji, poczułam się jak w domu, na zwykłym wybieganiu. Do tego w lesie zrobiło się duszno, powietrze zamarło, tempo spadło mi natychmiast. Zaczęła się walka o utrzymanie jednostajnego, równego tempa. Robiło się coraz cieplej, asfalt coraz bardziej parzył mi stopy, słońce paliło skórę.

plakat_wp

Na 11. kilometrze spotkała mnie niesamowita niespodzianka – druga ciocia z rodziną przygotowała dla nas plakat dopingujący a do plakatu była dołączona miska z wielkimi kostkami lodu. Przy plakacie postanowiłam chwilę odpocząć, porobiliśmy zdjęcia, a kostki lodu powrzucałam za bluzkę, pod mój komin na nadgarstku – starczyły mi na jakieś 3 kilometry. Dalej droga zawracała w stronę Jarocina wiodąc mnie przez pola i las. Okolica przepiękna, ale dość jednostajna, brakowało mi punktów zaczepienia, z których korzystam biegając po mieście – a to sklep, a to ktoś przechodzący przez ulicę, fajna skrzynka na listy – czegoś o czym mogę pomyśleć odwracając w ten sposób uwagę od zmęczenia. Bo audiobook tym razem nie działał. Kompletnie nie mogłam się skupić na tej historii… I tak było do 15. kilometra. Tam zaczęło się robić już całkiem pod górkę – dosłownie. Tętno skoczyło do 170, wyprzedziła mnie jakaś dziewczyna i będąc około sto metrów przede mną zaczęła iść. Na tym skończył się mój bieg, również przeszłam do marszu pozdrawiając w myślach pana Galloway’a. Postanowiłam iść tak długo, aż tętno spadnie do 155 i potem biec i tak na zmianę. W ten sposób pokonałam 3,5 kilometra – porozmawiałam sobie z panem strażakiem stojącym na trasie, pobawiłam się z dzieciakami, które koniecznie chciały dać mi pić, ale byłam tak napojona, że woda mieściła mi się już tylko do czapki. Ostatni kawałek pobiegłam sobie wolno, ale w miarę porządnie, słysząc w głowie naszego trenera „na zmęczeniu – wyprostuj się, brzuch wciągnięty, kolana wysoko, nie ciągnij nóg po ziemi”. Wbiegając na stadion jako jedna z ostatnich nie chciałam wyglądać jak żółw :D

profil
Profil wysokości

A teraz, jak już wiecie, że dałam radę i pokonałam ten dystans w piekielnym upale, dodam jeszcze parę słów na temat samej organizacji tejże imprezy. Kilkakrotnie w różnych miejscach internetowych chwaliłam za organizację Bieg bez Barier w Poddębicach – i chwalić będę nadal, ale Jarocin pobił wszystkich na głowę. Punktów z piciem nie byłam w stanie policzyć – oprócz stanowisk z kubeczkami, butelki z wodą były podawane przez organizatorów z auta jeżdżącego wzdłuż całej stawki. Wodę podawały też dzieciaki i strażacy. Na trasie było kilka punktów namaczania – bo inaczej tych kurtyn nie określę, polewali nas ludzie z ogródków, dzieci z pistoletów na wodę. Wzdłuż trasy jeździła karetka, a ratownicy wychylając się przez okno pytali o samopoczucie – mnie na przykład zapytano dwa razy czy wszystko ok.

dsc_4591

pageI najważniejsze… Strefa finishera… Na mecie dostałam piękny medal, gruby i ciężki, a potem czekał na mnie basen – brodzik pełen chłodnej wody… Izotonik, woda, bezalkoholowe piwo, banany, nektarynki, winogrona, muffinki, chipsy, spaghetti i grochówka – bez żadnych karteczek uprawniających do poczęstunku… Rewelacyjna atmosfera piknikowa, niedzielne popołudnie w najlepszym wydaniu. I koncerty na stadionie – my już na nich nie zostaliśmy, bo u cioci czekał pyszny obiad.

I na tym koniec pochwał, bo przecież nic nie jest idealne ;) Koszulkę dostałam męską – nie wiem czy z powodu pomyłki, czy po prostu nie było rozróżnienia na damskie i męskie, ale rozmiar L jest dla mnie jak sukienka, więc oddałam ją kuzynowi z Jarocina, który wyglądał w niej o wiele lepiej niż ja. A druga rzecz do zaopiekowania to… napiszę o tym bezpośrednio do organizatorów ;) Myślę sobie jednak, że w świetle tych wszystkich wspaniałych rzeczy, które nas spotkały przed, w trakcie i PO biegu to małe niedogodności, do poprawienia bez większego wysiłku. Zaangażowanie ludzi – organizatorów, wolontariuszy, harcerzy, mieszkańców gmin, przez które przebiegaliśmy były naprawdę BEZCENNE.

Nie muszę chyba pisać, że ROCKRUN JAROCIN polecam? ;)

Tu jeszcze kilka linków do ciekawych zdjęć:

KLIK
KLIK
KLIK
KLIK
a to jedno z najlepszych: KLIK

Cała galeria jest TUTAJ a TUTAJ do poczytania artykuł z serwisu wielkopolskiego.

I filmik na deser (jestem na 1’23” mniej więcej)