Przebiegnę? W jakim czasie?

wpis w: Bieganie, Wyzwania | 10

Przetrwałam już dwa pierwsze tygodnie tej historii, więc myślę, że już mogę się nią podzielić. Historia dotyczy kolejnego początku mojego biegania, początku w całkiem innym wymiarze niż to, o którym pisałam tutaj. Tam pisałam o bieganiu od pierwszej minuty, a tu – od pierwszego tygodnia.

Anna któregoś pięknego styczniowego dnia napisała do mnie na messengerze:

Ewa, przygotowujemy się do półmaratonu?

Ja oczywiście wstępnie zaczęłam się wymawiać, że gdzie tam JA, że ja to bym chciała najpierw dziesiątki biegać, że noga mnie boli, że to za szybko, dopiero zaczęłam przecież biegać, że coś tam. Ale – myśl raz zaszczepiona nie przepada tak od razu. Myślą podzieliłam się z mężem licząc na jego poparcie moich obiekcji a mąż mówi, że oczywiście że tak!, że mam się przygotować i pobiec, że przecież luzik. Zaczęłam mięknąć. Zaczęłam myśleć, że

nie chodzi o to czy przebiegnę, tylko w jakim czasie.

No bo przecież wiadomo, że pierwsza i tak nie będę na mecie, ale już samo przebiegnięcie tych, hmm… 21 km i 97,5 metra to będzie wyczyn nie lada. Decyzja zapadła. Biorąc jednak pod uwagę to, że do tej pory tylko sześć razy przebiegłam ponad 8km (po pierwszych dwóch razach ledwo chodziłam przez tydzień) i dwa razy 10km, to szykuje się naprawdę niezłe wyzwanie…

Plan treningowy ze strony szmajchel.naszebieganie.pl zakłada przygotowanie do półmaratonu w 10 tygodni, wybrałam opcję na czas 2:15 (tempo 06:30/km, czyli mniej więcej moje dotychczasowe tempo). Plan wydrukowałam i przez tydzień obmyślałam jakby się z tego wywinąć. Nie znalazłam jednak żadnych argumentów przeciw.

DZIEŃ 1.

Realizację planu zaczęłam we wtorek, 12 stycznia – 2x 30′ biegu w tempie 7:30 z dwuminutową przerwą (marsz)

Pogoda kompletnie nie zachęcająca do wychodzenia z domu, padał gęsty gruby śnieg, temperatura w okolicach zera, chodniki nieodśnieżone – ślisko okropnie. Dzięki temu nawet jakbym chciała to nie dałabym rady pobiec szybciej :) Wróciłam z centymetrową warstwą śniegu na czapce i butami mokrymi na wskroś, ale baardzo zadowolona :)

PM-1

 

 

DZIEŃ 2. Czwartek. 35′ bieg, RT 8x 20″-60”, 20′ bieg

Pierwsze 35 minut to była walka o przetrwanie – lód na zmianę z lodowiskiem. Już miałam się poddać, bo w planie były 20-sekundowe przyspieszenia (80% możliwość), aż tu nagle proszę – piękny, suchy, czarny asfalt – moja ulubiona ścieżka była pięknie oczyszczona. Po powrocie nagroda w postaci placuszków z mąką pełnoziarnistą orkiszową i otrębami, posypane cukrem pudrem:

PM-2

DZIEŃ 3. Sobota. 30′ biegu spokojnego, tempo konwersacyjne, 4x na zmianę po kilometrze w tempie 6:30 / 7:30 a na koniec 10′ trucht.

Dzień, którego bałam się okropnie, bo według wstępnych wyliczeń miałam przebiec około 13 kilometrów. Dystans, którego jeszcze nie robiłam a jeszcze do tego ten śnieg… Ponieważ mój mąż szedł do pracy na 10:00, musiałam wcześniej wstać, żeby wrócić do domu w miarę szybko po jego wyjściu. Wystartowałam o 8:02, nieludzka to pora w sobotę… Pierwsze 30 minut poszło w miarę ok, a potem zaczęły się schody, bo warunki w większości mi się nie zgadzały z wytycznymi. Jak miałam biec szybciej, to był śnieg po kostki a jak wolniej, to akurat wyczyszczone i z górki :) Na koniec źle obliczyłam trasę, pobiegłam kawałek za daleko i wyszło mi o parę minut, i kilometr więcej.

PM-3

DZIEŃ 4. Niedziela. Zwyczajny bieg, 40 minut – co za ulga…

Tym bardziej, że po sobotnim kicaniu po zaspach bolała mnie lewa kostka. Liczyłam się z tym, że być może nie dam rady przebiec tyle ile trzeba, ale udało się :)

PM-4

Podsumowanie pierwszego, najważniejszego, tygodnia: w założeniu planu miałam przebiec 38km i tyle przebiegłam. Jest to mój absolutny życiowy rekord kilometrażu – nie zwracając zupełnie uwagi na czas w jakim to zrobiłam. Nie miałam praktycznie żadnych zakwasów, jedynie ta kostka mnie troszkę bolała. Czułam większe zmęczenie w ciągu dnia, co skutkowało tym, że musiałam kłaść się wcześniej spać, co zdarza mi się niezwykle rzadko – jak to na nocnego Marka przystało.

Już teraz nie myślę, że nie dam rady przebiec tych 21 kilometrów – jeżeli tylko nic nieprzewidzianego się nie zdarzy to rzeczywiście dam radę, tylko gdzie? W Pabianicach czy w Warszawie? Pokibicujecie mi w tych przygotowaniach?

Pozdrawiam i życzę miłego poniedziałku :)