Półmaraton po Krakowsku.

wpis w: Bieganie, Relacje, Wyzwania | 21

Jednym z moim biegowych marzeń jest Półmaraton Szakala, który odbywa się w trzeci weekend października. Rok temu nie pobiegłam, bo byłam chora, w tym roku też nie pobiegłam, bo wymyśliłam sobie, że Półmaraton Królewski odbywający się tydzień wcześniej będzie fajniejszy. Dlaczego? Bo moja kobieca logika biegaczki turystki podpowiedziała mi, że skoro Warszawa (takie duże miasto nad Wisłą) może organizować takie fantastyczne biegi, to Kraków (inne duże miasto nad Wisłą) też może. I że jak Warszawa ma taką fajną trasę, to Kraków też. A Kraków jesienią na pewno jest piękny!

Och, jak bardzo się pomyliłam…

W poprzednim roku trasa biegła przez Wawel, Rynek, Błonia. I to było to, co interesowało mnie najbardziej jako biegaczkę – turystkę. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy chyba miesiąc czy półtora przez startem organizatorzy opublikowali informację o nowej trasie… Kółko dookoła Taurona, wąskimi uliczkami nad Wisłę, most, wzdłuż Wisły tam, most, wzdłuż Wisły z powrotem. Ale zrobić. Pakiet zapłacony, nocleg zapłacony. Jedziemy i już.

Pierwsze nasze kroki po dotarciu do Krakowa skierowaliśmy oczywiście po odbiór pakietów. Małe Expo niczym nas nie zainteresowało, więc nie zabawiliśmy tam dłużej niż trzeba. Za to całe popołudnie spędziliśmy na Rynku i jego okolicach. Niestety – parę tysięcy innych turystów też. Biegaczy, niebiegaczy, ludzi chcących uczcić 200. rocznicę śmierci Tadeusza Kościuszki i tak dalej, i tak dalej… Tylko raz udało nam się wejść w niemal pustą uliczkę, otoczyła nas tam na moment błoga cisza i spokój…

Gdzieś kiedyś ktoś pisał o jednym z podstawowych błędów popełnianych przez biegaczy – za dużo łażą i zwiedzają dzień przed biegiem. I choć w Krakowie przemieszczaliśmy się po niewielkim obszarze, to zajęło nam to parę godzin. No i wyszło bokiem dzień później… Ale o tym za chwilę. Najpierw o starcie.

Pod Tauron Arenę dotarliśmy wcześniej niż planowaliśmy, około 9:50. Ale zanim jeszcze doszliśmy do wejścia, to już z daleka słyszeliśmy nawoływania wydobywające się z głośników, byśmy się pospieszyli, bo zaraz zamkną strefy startowe. Whaaat?! Przecież jeszcze ponad godzina do startu! No, ale nic. Przyspieszyliśmy kroku, by oddać rzeczy do depozytu. Z głośników cały czas ryczał głos nawołujący do ustawiania się w strefach startowych, które zostaną zamknięte o 10:30. Już mnie zaczynała brać nerwówka, bo po pierwsze nie cierpię jak mnie ktoś tak pogania, a po drugie – po co tak wcześnie, skoro nasza strefa wyruszy nie wcześniej niż 11:15?? A toi toi i ostatnie siusiu?! Jednak z większym się nie wygra, pan i tak by mnie nie usłyszał. Pruł się dalej. Odgrażał się, że za rok też wystartuje, kazał chować telefony, robić rozgrzewkę. Rozgrzewka chyba najgorsza jaką widziałam. A w zasadzie nie widziałam, słyszałam tylko komendy i widziałam ludzi, którzy klaskali, wykonywali ćwiczenia oddechowe sapiąc wraz z panem sapiącym do mikrofonu i wydobywali z siebie bojowe okrzyki. Hmm… No nie przekonali mnie. Tłum zaczynał gęstnieć. Tak, by o 11:00 praktycznie nie dało się ruszyć ręką ani nogą.

W końcu nadeszła nasza chwila, wystartowaliśmy około 11:15. Plan na wynik był tak prosty, jak moje ostatnie wyzwanie charytatywne: 2:10’51” Ponieważ w Jarocinie bardzo łatwo mi przyszło wybieganie wyniku 2:11’04” pomyślałam, że i tu będzie łatwo. To „tylko” 13 sekund…

Och, jak bardzo się pomyliłam…

Najpierw – zrobiło się gorąco. Chmury zniknęły, wyszło słońce. Było około 20º C. Po ostatnich tygodniach, kiedy średnio było 10-13º C – to był szok. Pierwsze kilometry, dookoła Taurona, już powiedziały mi że to nie będzie łatwy bieg. Nogi miałam jak z drewna. Wmawiałam sobie, że to przez brak rozgrzewki, ale doskonale wiedziałam, że to nieprawda. Był to efekt wczorajszego łażenia i innego zaniedbania – w czwartek zrobiłam trening siły biegowej, a w piątek byłam na stepach. Nie umiałam sobie tego odmówić… a oba treningi do lekkich nie należały. Biegłam jednak założonym tempem, rozmawiałam ze sobą, patrzyłam na mój motywator wypisany markerem, myślałam, że nie biegnę dla siebie, że cel jest ważniejszy niż moje drewniane nogi…

Do dziesiątego kilometra było w miarę dobrze, jednak tam był punkt z wodą na którym musiałam zwolnić – było okropnie ciasno, a potem przyspieszyć. Dogonili mnie zające na 2:10. Ruszyłam celowo sporo przed nimi, miałam jakąś minutę różnicy i wiedziałam, że w momencie kiedy mnie dogonią, to albo będę się ich trzymać, albo polegnę. Niestety nie mogłam się ich trzymać. Była to spora grupa, było ciasno. Uciekli. Ja zaczynałam się coraz gorzej czuć – to już był kolejny kilometr trasy biegnący tuż nad samą Wisłą, w pełnym słońcu i ze sporymi podmuchami wiatru, które skutecznie mnie osłabiały. Czasem udawało mi się schować za wyższego biegacza, ale nie trwało to długo. Założone tempo udało mi się utrzymać do 13. kilometra. Jakiś kilometr od tego miejsca – najładniejszego na całej trasie:

Od 14. kilometra zaczęła się walka. Obrzękły mi ręce, obrzękły mi stopy, parzył tworzący się pęcherz. Jeżeli ktoś by teraz pytał – tak, piłam na każdym punkcie, wystarczająco dużo. Ja po prostu zawsze tak źle znoszę wysokie temperatury i słońce. Męka trwała aż do podbiegu na 17. kilometrze, kiedy poddała się moja głowa. Przeszłam do marszu myśląc, że to nic, te „parę” kroków nie zaszkodzi, odpocznę i potem pobiegnę szybciej, nadrobię. I po dosłownie kilku krokach ktoś klepnął mnie w ramię. Jakiś chłopak, coś do mnie mówił, ale nie słyszałam, pokazał mi gestem, że mam biec. Zebrałam się i pobiegłam… Po paru chwilach przede mną pojawił się inny biegacz, miał na sobie czarną koszulkę z wielkim napisem na plecach:

„Dopóki walczysz – jesteś zwycięzcą” Św. Augustyn

I tego się trzymałam już do końca. Choć nogi nie chciały wcale już biec, wynik był dawno zawalony, to postanowiłam dobiec. Dobiec tak dobrze, jak tylko się da, ale nie do omdlenia. Nie ułatwiały mi tego sceny rozgrywające się obok – wymiotujący ludzie, jeżdżące karetki, ktoś zasłabł i usiadł, jeszcze ktoś inny leżał pod folią, na ręce wkłuty wenflon, strużka krwi. Takie rzeczy dość mocno działają na moją wyobraźnię, ostatnie dwa kilometry były jakiś cholernym koszmarem. Do Taurona wbiegłam z poczuciem ulgi, że to już koniec. Nie było żadnych endorfin, żadnej radości, tylko ta ogromna ulga. Na bok ściągnął mnie wolontariusz, pierwszych kilka minut łapałam powietrze jak ryba wyjęta z wody. Dostałam medal, dostałam wodę, izotonik, banan i folię. Folia? W taki upał? A po co? Pięć minut później leżałam na trawniku owinięta od góry do dołu trzęsąc się z zimna i ściskając swój wywalczony medal.

Półmaraton Krakowski - medal

Czas netto 2:11’55”

Gdyby nie to, że tyle razy musiałam zwalniać przez ścisk, na wąskich uliczkach, na punktach odżywczych – może udałoby się założenie zrealizować. Ale się nie udało z tych powodów i paru innych, więc muszę to odłożyć na następny raz :D

Po ubiegłorocznej przegranej z upałem podczas półmaratonu w Jarocinie, to był drugi tak trudny bieg. Ponieważ jednak zaliczam go do biegów pokonanych w celu wyższym niż tylko sam wynik, to uważam, że warto było! A jeżeli i Ty uważasz, że warto pomęczyć się dla kogoś innego – dorzuć się do mojej zbiórki.

Kliknij i nadaj sens numerowi  #1051