ParkRun – Dwie Odsłony

wpis w: Bieganie, O mnie, Relacje | 8

O tym jak zaczęłam biegać pisałam tutaj i już wszystko wiecie o tym co było na początku – dziś chciałabym opisać mój pierwszy udział w biegu grupowym, w biegu ParkRun. To darmowe biegi na dystansie 5km, odbywające się co tydzień na całym świecie. Jedyne co trzeba zrobić to zarejestrować się na stronie, wydrukować sobie kod kreskowy, mieć go przy sobie i zeskanować na mecie – dzięki temu wyniki będą rejestrowane i publikowane na stronie rezultatów z naszym nazwiskiem.

Dowiedziałam się o tych biegach chyba we wrześniu ubiegłego roku, czyli po około dwóch miesiącach od momentu kiedy swoją aktywność zaczęłam nazywać bieganiem (magiczna data to 15.07.2015). Zgodnie z moją zachowawczą naturą, za pierwszym razem pojechałam tylko zobaczyć jak to wygląda. Nie biegać, tylko tak sobie popatrzeć z boku. Biegała wtedy Dorota, moja koleżanka, ja spacerowałam po parku i pstrykałam zdjęcia, obserwując jednocześnie to, co się dzieje na trasie biegu. Spodobała mi się atmosfera, fajne miejsce, pięć kilometrów już byłam w stanie przebiec w czasie około 33 minut – decyzja zapadła, wchodzę w to!

ParkRun Łódź

Tydzień później pełna energii pojechałam do parku na bieg – niestety sama. Nie zniechęciła mnie pogoda, zimno i lekki deszczyk. Byłam na miejscu kwadrans wcześniej, zrobiłam rozgrzewkę, chwilkę potruchtałam po alejkach i START. Ponad setka osób wyrwała do przodu jak sarenki i gazele a ja z nimi, porwana jak z falą. Wystarczyło kilka minut żebym została w ogonie z zadyszką, drętwiejącymi dłońmi i mroczkami przed oczami. Mój entuzjazm natychmiast opadł, musiałam maksymalnie zwolnić, żeby się nie przewrócić. Każda wyprzedzająca mnie osoba powodowała, że czułam się coraz gorzej, deszcz padający w oczy nie pomagał, śliskie liście umykające spod butów też nie ułatwiały sprawy. Kiedy ja kończyłam pierwsze okrążenie z dwóch, najszybsi biegacze już niemal dobiegali do mety. Moja duma z tego, że tak dużo osiągnęłam w ciągu dwóch miesięcy rozpłynęła się w mżawce, chciało mi się płakać, ale postanowiłam się nie poddawać i bieg ukończyć. Dobiegłam jako 123. czyli dziesiąta od końca i zdołowana powlokłam się do domu.

Po tym biegu przemyślałam sobie gruntownie to, czego ja od siebie oczekuję i jakie są moje możliwości. I dowiedziałam się, że nie potrzebuję wcale być pierwsza na mecie, natomiast bardzo nie chcę być ostatnia. We wspominanej już przeze mnie szkole podstawowej zawsze byłam ostatnia, ponieważ byłam młodsza od wszystkich o rok, najmniejsza i najchudsza – fizycznie nie miałam szans z koleżankami z klasy, co okropnie mnie frustrowało. Teraz już świadoma swoich możliwości odpuszczam rywalizację o pierwsze miejsce na podium, natomiast mogę zawalczyć sama ze sobą o wynik lepszy od wczorajszego :) Kolejne bardzo cenne odkrycie tego dnia:

takie zorganizowane bieganie to przede wszystkim świetna okazja do spotkania się z ludźmi w miłych okolicznościach przyrody i fajnej atmosferze.

Minęło półtora miesiąca, pojechałam na ParkRun po raz drugi – na bieg „Policz się z cukrzycą”. Znowu było bardzo ślisko, ale trasę i swoje możliwości znałam już o wiele lepiej. Dzięki temu przebiegłam te 5 kilometrów z dużą przyjemnością, w doskonałym nastroju i w czasie lepszym od poprzedniego o minutę! Jest MOC :)parkrun_01_2016_wp

A jakie były Wasze najsłabsze momenty z początków biegania? Podzielcie się doświadczeniem w komentarzu :)

  • Jest Moc :) I mocy jest coraz więcej :) Gratuluję i trzymam kciuki za kolejne, nie tylko te „startowe” biegi :D

    • Ewa

      O, Artur :) Witam Cię serdecznie na moim blogu :)

  • Gratuluję :) Zdaje się, że za pierwszym razem wpadłaś w klasyczną „czarną dziurę” czyli zbyt szybką pierwszą część dystansu. To niesamowita sztuka na początku nie dać ponieść się adrenalinie tylko kontrolować tempo i przycisnąć pod koniec :) Miłego biegania

    • Ewa

      Dokładnie tak… To było coś strasznego, ale już teraz dokładnie wiem co to jest i co z tym zrobić. Pozdrawiam :)

  • Tak, człowiek jest tak skonstruowany, że jak się za coś bierze, to od razu chciałby być mistrzem. :-) Przynajmniej ja tak mam. Kiedy coś zaczynam, od razu chcę mieć dobre wyniki. A jak nie mam to się zniechęcam. No i muszę wtedy przemówić sobie do rozsądku i przypomnieć że przecież sukcesy osiąga się małymi kroczkami. :-) Fajnie, że piszesz o swoim bieganiu, z przyjemnością czytam Twoje wpisy. Życzę Ci wielu jeszcze fantastycznych biegow z mocą. :-)

    • Ewa

      No baa, to by było fajne – tak rach ciach i pierwsze miejsce… A tu nie ma tak, trzeba się sporo namęczyć! Tak jak pisałam w pierwszym poście – nie jestem urodzonym typem sportowca, ale teraz pierwszy raz w życiu tak na serio odkrywam radość z realnych wymiernych postępów swoich możliwości :) Dzięki Basiu – pozdrawiam!

  • Bieganie zdecydowanie nie jest dla mnie. Nie umiem oddychać odpowiednio, nie sprawia mi to frajdy. W ogóle jestem pod względem sportu tragicznym przypadkiem, który mało co lubi, ale napaliłam się jak komornik na szafę na jogę i muszę, po prostu muszę zacząć chodzić na jogę po urodzeniu maluszka :)

    • Ewa

      Joga jest rewelacyjna! Ja nie jestem fanką takich statycznych aktywności, ale wiem jakie daje efekty :)