Moje_Bieganie_2.0

wpis w: Bieganie, O mnie | 6

Wywołana do internetowej tablicy przez Pawła z bloga Bookworm on the Run, spróbowałam odpowiedzieć na zadane pytanie – co mi daje bieganie?

13707533_1338716539491196_5904940707243646450_n
Mogę już chyba coś o tym powiedzieć, bo minął pełny rok odkąd biegam. Choć mam wrażenie, że dużo dłużej… Dokładnie 15 lipca 2015 r. na endomondo zarejestrowałam pierwszą aktywność fizyczną zwaną bieganiem. Potem, w sierpniu, miałam przerwę urlopowo – wakacyjną, troszkę cofnęłam się w realizacji planu treningowego, ale od września znów regularnie latałam do parku. Najpierw poubierana w najdłuższe bluzki, najszersze spodnie – byle tylko mnie nie było widać. Nieśmiało, z mężem. Nie miałam odwagi wyjść sama. Potem zdarzyło się tak, że mąż nie mógł iść biegać a ja już musiałam. Poszłam sama. Powoli przełamywałam swoje opory, bariery, lęki, wstyd. Przestałam zwracać uwagę na to, czy ktoś patrzy czy nie, co sobie myśli. A niech myśli co chce, ja biegam i już!! Zaczęłam się skupiać na sobie a nie na tym co dookoła mnie, na swoim samopoczuciu podczas treningu. Powoli zaczęło się to przekładać też na życie codzienne, przestałam się tak bardzo (a czasem w ogóle) przejmować tym, co ktoś sobie pomyśli na mój temat.

2016_08_20_04

To, co się na pewno odmieniło dzięki bieganiu to… mój strój. Niby nic, a jednak dla kobiety, to ważna sprawa. Jak już wspomniałam, na początku biegałam w za dużej bluzce, w szerokich spodniach. Chyba w sierpniu kupiłam na jakiejś wyprzedaży długie czarne legginsy. Miesiąc leżały w szafce, zanim odważyłam się w nich wyjść na dwór, strasznie mnie to stresowało. Kolejny etap, to gładkie granatowe legginsy za kolano. Kolejny – totalnie już przełomowy – krótkie, mega kolorowe legginsy przed kolano kupione chyba w czerwcu tego roku. Nie dość, że krótkie, to jeszcze w mozaikowe wzory, bardzo rzucające się w oczy. Już nie czuję potrzeby chowania się w ubraniach, teraz służą mi do wyróżniania się z tłumu, przecież muszę mieć świetne zdjęcie z mety, a w banalnym jednobarwnym ubranku mnie nie widać! Moja przemiana w płaszczyźnie nieprzejmowania się tym, co ktoś sobie pomyśli na mój temat osiągnęła apogeum z chwilą, kiedy po treningu poszłam w tych kolorowych geterkach i obcisłej żarówiastej żółtej bluzce na zakupy do Biedronki. Zmiana garderoby powoli rozciągnęła się też na ciuchy codzienne, wyrzuciłam wszystkie za szerokie dzwony z liceum i swetry do kolan, na rzecz jegginsów i obcisłych jeansów – więcej do nich na pewno nie wrócę!


Jak już jestem przy ciele, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że bardziej zaczęłam je szanować. Coraz częściej zdarza mi się wcześniej kłaść spać, do rzadkości należą sytuacje, kiedy siedziałam do drugiej w nocy. Nie chciało mi się spać, bo nie byłam zmęczona – czym miałam być? Teraz jestem i jest to dobre zmęczenie. To samo zmęczenie każe mi częściej sięgać po dobre żarcie, pić więcej wody – co też jest dla mnie wyzwaniem, bo w zasadzie rzadko czuję pragnienie, kiedy nie biegam – piję raczej z rozsądku. Ponieważ mam nieustającą od wielu lat tendencję do anemii, a bieganie powoduje rozpad czerwonych krwinek, zwracam baczniejszą uwagę na stan mojej krwi – morfologię i poziom żelaza sprawdzam co 3-4 miesiące, piję sok z buraków. Ogólnie ujmując – dbam o siebie bardziej niż kiedykolwiek i mam większą świadomość tego, co się dzieje z moim organizmem.

just_smile

A organizm zadbany, to organizm zadowolony, dobrze nastrojony. Ostatnio, oglądając facebookowe galerie z jakiegoś biegu, uświadomiłam sobie, że w ciągu ostatniego roku zebrałam więcej swoich uśmiechniętych zdjęć, niż przez całe życie! Chemicy mają swoje mądre wyjaśnienie tego, że biegacz się tak jarzy od ucha do ucha pomimo skrajnego zmęczenia, ale – jak tu się nie cieszyć, jak wokół wszyscy się cieszą :D To jest okropnie zaraźliwe! Wiele radości daje uczestnictwo w samym biegu, a gdy dodatkowo jest to bieg charytatywny, to naprawdę trudno opisać te emocje… Wtedy się czuje podwójnie, potrójnie, że te kilometry, te zdzierane dzień po dniu podeszwy mają wielki, głęboki sens. I wtedy bieganie nie daje czegoś tylko mi, ale przede wszystkim komuś.

Bieganie z czasem zaczęło być coraz ważniejsze z różnych powodów, a ja zaczęłam stawiać sobie coraz poważniejsze wyzwania. I skrupulatnie je realizować, z zegarkiem w ręku i planem treningowym wydrukowanym na kartce. I to jest jedna z rzeczy, która się wyraźnie zaznacza – konsekwencja, z jaką podchodzę do tego, co sobie zaplanuję. Pisałam już kiedyś o tym, ile to sportów różnych próbowałam oswoić i mi nie wychodziło – bieganie się do tej listy zdecydowanie nie zalicza. Pierwszym poważnym wyzwaniem był Półmaraton Warszawski, drugim Półmaraton RockRun. Trzecie, chyba największe, wyzwanie przede mną (i nie jest to maraton, o nie, nie). W sferze konsekwencji jednak jeszcze troszkę muszę popracować, ale nie w temacie pokonywania lenia, tylko pilnowania, hmm… diety. Bo jakkolwiek jem o wiele świadomiej i lepiej, to nadal troszkę za często zdarza mi się pofolgować w kwestii ilości wchłanianych ciastków.

 


Przeszłam przez kilka faz biegania. Najpierw było to upojenie samym faktem biegania. Potem faza bicia życiówek. Kontuzja, która niemal doprowadziła do tego, że nie pobiegłabym w wymarzonym półmaratonie. Po tym, jak doprowadziłam nogę do ładu, przewartościowałam sobie to bieganie i odpuściłam bicie rekordów, teraz mam czas biegania bezpiecznego i dokładnego. Powoli, ale długo, z audiobookiem na uszach. Koniecznie w fajnych miejscach – bo bieganie daje też niesamowitą okazję do odkrywania nowych miejsc, nawet w okolicach miejsca zamieszkania. Wynajduję różne imprezy biegowe, te na miejscu i te wyjazdowe, i biegam wchłaniając atmosferę zawodów, zwiedzam, spotykam się ze znajomymi i rodziną, cieszę się pięknymi widokami, przybijam piątki z kibicami. Korzystam ze wszystkiego tak bardzo jak tylko mogę. A że dobiegam do mety piąta od końca? Ojj tam, przynajmniej przez mikrofon pan mnie zapowiada z imienia i nazwiska, i dostaję brawa za wytrwałość na trasie ;)

No i na koniec – znajomi. Mnóstwo znajomych. Nowych, starych. Wszędzie znajomi. Integracja na najwyższym poziomie. Poczucie przynależności do biegowej społeczności. Społeczności, w której jest bardzo wiele serdeczności i przyjaźni. I tematów do rozmowy – tych nigdy nie brakuje :)

insieme

Czego chcieć więcej? No, może porządnego wieszaka na medale, ale o tym będzie w następnym poście :)

  • To jest tekst, który mógłby stanowić reklamę biegania, zdjęcia też. Z tym że reklamy kłamią a Ty jesteś prawdziwa i szczera. Faktycznie na każdym zdjęciu jesteś uśmiechnięta i pełna energii, zupełnie jakby bieganie nie męczyło. Ale sama już doświadczyłam, że bieganie tak właśnie działa. Zapomniałaś jeszcze wspomnieć o tym jak bardzo inspirujesz innych. Na przykład mnie. :) A! Znalazłam jedno małe kłamstewko. Piąta od końca? Hahaha. :P

    • Ano widzisz Basiu i tu Cię zaskoczę, bo wszystko w tym poście jest prawdą. Absolutnie. Także to, że byłam piąta od końca – załączam fragment tabelki z wynikami. Jeżeli nadal nie wierzysz – sprawdź wyniki na stronie Rock&Run Jarocin 2016 :D

      Dziękuję i Cię ściskam bardzo mocno :D https://uploads.disquscdn.com/images/c2c15dda24ecca6e001dbcd5fd0f999038b9cde0c352188c3dc1bb27b6f71baa.jpg

      • Uff, czyli jesteś człowiekiem. :) Kurcze, przegapiłam relację z tego biegu. Czas ostatnio nie jest dla mnie łaskawy, ale nadrobię to przeoczenie z ogromną przyjemnością. :)

        • Basia, a Ty ciągle myślisz, że jestem robotem :D Coś Ty. Jestem człowiekiem, ze wszystkimi słabościami ludzkimi :)

          • Robotem nie, ale kosmitką tak. :-D Ale teraz mam kolejny dowód na Twoje człowieczeństwo – Twoja choroba. Mam nadzieję że czujesz się już lepiej?

          • Zdecydowanie lepiej, choć słaba jak dziecko…