Moje Maratony

wpis w: Bieganie, O mnie, Relacje | 0

Zbieram się, i zbieram, by coś napisać na ten temat, ale nie wiem od czego zacząć… Chyba od tego, że kiedyś w ogóle nie chciałam słyszeć o bieganiu, a potem – gdy już w końcu zaczęłam biegać, długo zarzekałam się, że maraton jest dystansem nie dla mnie. Nie, bo nie.

Pierwszy raz z dystansem maratońskim nos w nos zetknęłam się w Warszawie, we wrześniu 2016 roku. Ania biegła tam swój pierwszy w życiu maraton, a my – piąteczkę. Potem mieliśmy kibicować. Ustawiliśmy się na ostatniej prostej, około 1,5 km przed metą. Może mniej… Stałam tam jak zahipnotyzowana, wkładając wszystkie swoje siły w dopingowanie biegaczy, którzy mieli na twarzach wszelkie odcienie cierpienia… Łzy na policzkach, skurcze w łydkach, krew na koszulkach, zaciśnięte zęby, rezygnacja, zwieszone ramiona… krzyczałam, zachęcałam do walki, czasem udało mi się kogoś zmotywować do podjęcia tego ostatniego wysiłku i biegu, czasem nie… padło też kilka niecenzuralnych słów pod moim adresem.

Gdy pojawiła się na tej ostatniej prostej nasza Ania, która miała ciężko na trasie już od 26. km – biegliśmy razem z nią kilkaset metrów. Potem, po mecie, szliśmy razem trzymając ją pod ręce, bolały ją nogi, była zmęczona – ale szczęśliwa.

Drugi maraton, z którym się spotkałam, to nasza Szakalowa sztafeta maratońska (lipiec 2017). Pętla kilometrowa, las, atmosfera kocykowo – piknikowa – po prostu pięknie. Nawet nie wiem jaki wtedy mieliśmy czas :D

Trzeci maraton – podobnie jak pierwszy, odbył się w Warszawie. Najpierw piąteczka – potem kibicowanie. Tym razem Pauli. Dziewczynie, którą uważamy za Super Woman, dziewczynie, która ogarnia Runmageddony, należy do Husaria Race Team, zrobiła 30km zimą na Górze Kamieńsk w śniegu po kolana. Staliśmy na 32 kilometrze. Gdy zobaczyłam łzy i ogromne cierpienie na jej twarzy, gdy do nas doszła, nie wierzyłam w to co widzę! To nie mogła być prawda… A jednak. 42 kilometry asfaltu pokonały naszą Paulę.

Wtedy już myśl o maratonie zaczęła na serio kiełkować w mojej głowie, ale byłam pewna, że jeżeli mam to zrobić, to na pewno nie mam zamiaru cierpieć. Nie ma mowy!! Nie wchodzi w grę żaden wyśrubowany wynik, żadna napinka. Jeżeli mam to zrobić, to będę się mierzyć tylko i wyłącznie z dystansem. Nie z czasem.

Miałam już wybieganych sporo biegów 20+ i dokładnie znałam swoje możliwości w tym zakresie, trzeba było „tylko” poprawić wytrzymałość na jeszcze dłuższe dystanse. Zima okazała się łaskawa, zdrowie dopisało, nie opuściłam chyba ani jednego zaplanowanego treningu. Nieraz do siebie wyzywałam, że „chyba mam coś z głową”, bo musiałam wstawać o szóstej rano, biegać przy mrozie minus milion stopni, odmroziłam sobie raz twarz i wyglądałam jak pomidor, „napadł” mnie pies i rozwaliłam kolano… Dużo tego było po drodze… Ostatnie cztery tygodnie biegałam pod dyktando łódzkiego trenera, Mariusza Kotelnickiego, bardzo się bałam, że coś schrzanię w tych ostatnich kluczowych tygodniach… Udało się jednak nie schrzanić. Zaplanowałam bieg w tempie na czas 5 godzin (średnie 7’06”) – najpierw wolniej i stopniowo przyspieszać. Strategię negative split mam dość dobrze opanowaną, czuję się z nią bezpiecznie.

Czego się bałam? Skurczy. Bałam się ich przeokropnie. Zdarzyło mi się już raz być pokonaną przez skurcze łydek i mięśni dwugłowych uda, kilka razy dość mocno uprzykrzyły mi długie biegania i wiedziałam, że może to być mój słaby punkt. Drugą rzeczą, której strasznie się boję jest pogoda. Po dość chłodnym przedwiośniu nagle zrobiło się niemal lato. Wiedziałam, że muszę być ostrożna, bo źle znoszę upały.

Na starcie było fantastycznie, spotkaliśmy się całą grupą na tyle wcześnie, by pogadać, porobić zdjęcia, rozluźnić się. Start był wspólny dla półmaratonu i maratonu – dzięki temu pierwsze ~17 km przebiegłam razem z Magdą i Renią, kawałek też z Agnieszką, przegadałyśmy rzecz jasna cały ten fragment. Potem zostałyśmy rozdzielone… Dziewczyny w prawo, ja w lewo. I tak naprawdę to od tego momentu zaczął się mój maraton. Zostałam niemal sama, ponieważ dystans maratoński biegło bardzo mało osób (ukończyło mniej niż tysiąc), a znakomita większość z nich biegła szybciej niż ja.

Założyłam słuchawki i udawałam sama przed sobą, że dopiero zaczęłam biec, to co było wcześniej, było tylko rozgrzewką. Biegło mi się wspaniale, tak dobrze, że musiałam się hamować, trochę za bardzo mnie zaczęło ponosić. Powtarzałam sobie, że przyjdzie na to czas, jeszcze zdążę pobiec szybciej.

Bardzo miłą niespodzianką było to, że na każdym punkcie żywieniowym były pomarańcze. Już od poprzedniego dnia miałam na nie smak (kupiłam sok pomarańczowy na „po”), więc jadłam je przy każdym stole. Potem dopiero się zastanowiłam, że przecież do tej pory z owoców jadłam w biegu tylko banany… ale było już za późno, były pyszne i postanowiłam sobie ich nie odmawiać. Poza tym potem przez co najmniej kilometr miałam zajęcie odwracające uwagę od samego biegu, bo trzeba było jakoś pozbyć się tych włókien spomiędzy zębów :D

Woda – było jej co niemiara. Do tego nie była nam podawana w kubkach, tylko w małych poręcznych butelkach – można było je ze sobą zabrać, polewać ręce, nogi. Swojego zapasu, który miałam w plecaku nie zdołałam zużyć w całości :D Kurtyn wodnych nie było, ale wcale nie były potrzebne.

Kilometry leciały jeden za drugim, kibice dopingowali, kapele przygrywały… Wszystko szło jak w zegarku. Na 22. kilometrze zrobił mi się ogromny pęcherz, potem minęłam się z mężem na agrafce, jeszcze dalej dogonił mnie Marcel, później znalazłam kibicujących znajomych, kilka razy spotkałam się z Beatą i Marcinem, którzy wspierali nas rowerowo. Z niecierpliwością czekałam na 30,51 km – nigdy więcej wcześniej dalej nie pobiegłam. Przyjemnie się złożyło, bo akurat ten moment wypadł obok muralu Intiego, artysty z Chile, który bardzo lubię – uśmiechnęłam się do „Podróżnika” i biegłam dalej. Za kilkaset metrów dostałam wafelek Grześki od córek kolegi – zapakowałam do plecaka i biegłam dalej. Znowu znajomi kibice, trzymam tempo, biegnę dalej.

33. kilometr… Widzę metę. Biegnę jedną stroną ulicy, a na drugim pasie widzę biegaczy, którzy już kończą swój bieg… Trochę ukłuła mnie zazdrość, trochę ogarnęła demotywacja, że oni już kończą, a ja jeszcze muszę taki kawał lecieć, ale kilka uścisków i przybitych piątek dodało mocy. Wspólne kilkaset metrów się skończyło i znowu zostałam sama. Lecą białe płatki z kwitnących drzew owocowych, fruwają jak śnieg. Zespołów coraz mniej, kibiców coraz mniej, ale pomimo tego nic złego się ze mną nie działo. żadnych skurczy, żadnych kryzysów, ścian czy innych diabłów. Dopiero na 38. kilometrze pojawił się pewien kłopot w postaci bólu brzucha. Ostrego, przeszywającego. I nie wiedziałam czy to kolka, czy co? Jakoś za nisko. Wyrostek też nie, bo strona się nie zgadzała. Ból był na tyle silny, że zmusił mnie do przejścia do marszu, ale to niczego nie zmieniło. Iść do ratowników? Bez sensu. Jeszcze mi każą zejść z trasy. Czy idę, czy biegnę boli tak samo, więc powoli biegnę. Ból mija po kilometrze.

40. 41. 42… Końcówka!

42. kilometr

Przyspieszam, jeszcze mam siłę, czuję się dobrze, w uszach Metallica, Enter Sandman. Kibice pod Atlas Areną, podobno byli znajomi, ja nie widziałam, lecę! Przy zbiegu w dół próbuje mnie złapać skurcz w łydkę, ale każę mu sp… i lecę dalej, META!!! Dusi mnie w gardle, chce mi się płakać, krzyczeć, skakać, ale, ech – na to nie ma już siły. Medal poproszę. Wpadam w objęcia Agnieszki, czuję się jak dziecko. Znajduję znajomych, siadam, auuu, boli… Czas 5:02’40” Gdyby nie te pomarańcze na każdym przystanku, byłoby 5:00, ale jestem zadowolona, bo te pomarańcze smakowały najlepiej na świecie, były warte tych dwóch minut :D

Muszę, po prostu muszę napisać – po mecie oprócz medalu i torby z piciem, jabłkiem i batonikiem, była możliwość poddania się masażowi (z czego nie skorzystałam), a także zostaliśmy ugoszczeni przepyszną kremową zupą pomidorową, bez mięsa, świetnie przyprawioną. Wielki plus za to!!!

I to chyba wszystko…

*tak, planuję następny :D
** nie, nie udało mi się uniknąć kontuzji…