Moje Bieganie od Pierwszej Minuty

wpis w: Bieganie, O mnie | 28

Jakiś czas temu Basia z bloga Pociąg do Życia zaczepiła mnie o początki mojego biegania i stąd ten post. Jak to było?

Oj dawno. Początki mojego biegania sięgają szkoły podstawowej, w której należałam do tak zwanej klasy sportowej. Teoretycznie trenowałam piłkę ręczną. Teoretycznie, bo szkoła miała tylko zewnętrzne boisko przystosowane do gry w ręczną, czyli prawdziwe granie możliwe było tylko w miesiącach ciepłych. W pozostałych tłukliśmy koszykówkę. I bieganie… Bo bieganie to podstawa piłki ręcznej przecież. Nasz trener miał takie pomysły, że kazał nam nieraz biegać w kółko przez całą godzinę lekcyjną. Do upadłego. Ktoś pamięta jakie miało się buty w latach osiemdziesiątych? Słabe, na pewno nie nadające się do biegania w kółko przez pół godziny czy więcej. Efekt tego biegania był taki, że znienawidziłam je na wskroś, nienawiścią czystą i serdeczną. Już w życiu dorosłym nawet podbiegnięcie do autobusu było dla mnie karą i męką. Jedna z moich koleżanek, biegająca ówcześnie w ŁKS-ie próbowała mnie zachęcić do tej aktywności, ale niestety – moje zniechęcenie było silniejsze.

Minęło wiele lat, kiedy to sport był dla mnie sprawą totalnie drugoplanową. Potem zaczęłam o tym myśleć coraz częściej, no bo jednak latka lecą, coś by wypadało ze sobą zrobić… A zatem – trochę popróbowałam jeżdżenia na łyżwach, na drugich czy trzecich jazdach zaliczyłam potężny upadek i od tej pory zbyt bardzo boję się upaść, żeby osiągnąć w tej dziedzinie jakikolwiek sukces. Ale lubię pójść od czasu do czasu rekreacyjnie. Na siłowni nuda, zaduch i zapach niezbyt zachęcający. Aerobik? Nie nadążam za tymi układami a wszystko widać w lustrze  – i co ja się będę wydurniać? Szkoda energii… Następne w kolejce było pływanie. To coś, co zatrzymało mnie na parę lat. Koleżanka w podstawówce niby nauczyła mnie pływać, ale tylko na tyle, żebym przemieszczała się od jednego brzegu do drugiego, a będąc w ciąży, mając lat 30, podeszłam do tematu nieco rzetelniej. Nauczyłam się wreszcie oddychać podczas pływania, nauczyłam się pływać żabką na tyle, żeby przepłynąć 50×25 metrów. Jaka byłam z siebie dumna! Ale z małym dzieckiem już nie było tak prosto wyrwać się na basen regularnie, raz odpuściłam, drugi, trzeci… a teraz chodzę naprawdę sporadycznie. Ale już czułam tą podskórną potrzebę ruchu, aktywności, chciałam robić coś, żeby poprawić kondycję – choćby po to, żeby będąc w górach nie umierać po 10 minutach podchodzenia pod górę. Poza tym strasznie nie lubię być ostatnia ;)

Na fali modnego parę lat temu Nordic Walking zaczęliśmy też trochę chodzić z kijkami. A dwa lata temu dokonał się rewolucyjny przełom. „Odkryłam” Ewę Chodakowską. Ponieważ wybieraliśmy się na urlop nad morze, jej hasła z treningów idealnie wpisywały się w moje ówczesne potrzeby i oczekiwania. No i najważniejsze – mogłam te ćwiczenia wykonywać w domu, nie narażając się na czyjeś spojrzenia (bo przecież na pewno idiotycznie wyglądam robiąc te skłony i podskoki). Walka o płaski brzuch i utratę cellulitu trwała parę miesięcy. Nad morzem w kostiumie wystąpiłam może raz. Kilery i Skalpele odeszły w zapomnienie, ale za to po wakacjach podjęłam wyzwanie z Sekretem Ewy, czyli pilatesem w ramach ratowania mojego kręgosłupa. Na kolejną chwilę. Wszystkie dobre powody, które miałam w głowie rozpłynęły się gdzieś w przestrzeni. Pozostało mi jeszcze tylko chodzenie z kijkami, ale nigdy tego nie traktowałam jako sport, raczej sposób na trochę intensywniejszy spacer. No i tak mijały kolejne miesiące, a ja z zazdrością popatrywałam na aktywnych, biegających znajomych ale nie byłam w stanie się zmobilizować do tego biegania. Nie i już. A nawet gdyby, to – nie mam butów, nie mam ciuchów – a przecież, żeby biegać to trzeba mieć mnóstwo rzeczy. A co jeśli wydam mnóstwo kasy, wszystko to kupię a bieganie mi się nie spodoba? Lepiej zatem w ogóle nawet nie zaczynać.

http://demotywatory.pl/4269099/Sa-dwie-opcje-jak-zaczac-biegac
źródło: demotywatory.pl

Tak było do wiosny 2015 roku. Wtedy mój mąż postanowił do chodzenia z kijkami zacząć wplatać krótkie przebieżki, według planu treningowego „Od kanapowca do Biegacza”. Pierwszy bieg trwał tylko minutę, więc ambitnie stwierdziłam, że czemu nie, przecież tę minutę raz czy drugi to przebiegnę z przysłowiowym palcem z nosie, a potem jak już się rozbiega to już niech dalej sam biega. No nie. Ta minuta biegu okazała się najdłuższą minutą życia i taką lekcją pokory, jakiej się nie spodziewałam! Wcale nie było tak lekko jak mi się wydawało! I przestałam się chichrać na cel, jaki wyznaczył sobie mój mąż – przebiec 5 minut bez zadyszki. Pomyślałam, że to w sumie niegłupi cel i się pod tym podpisałam. Po minucie przyszła pora na dwie minuty (100% więcej!), potem trzy. Następnie ogromny przeskok, bo od razu 6 minut. Strasznie się nakombinowałam, żeby przebiec te pierwsze 6 minut w samotności, chciałam zapobiec ewentualnemu wstydowi, bo co jak nie dam rady?! I akurat tak wyszło, że mój mąż nie mógł pobiec tego dnia a ja poszłam biegać sama. Wtedy chyba pierwszy raz. Przebiegłam wtedy 7 minut (czyli około kilometra). Moja satysfakcja była absolutnie niemierzalna.

I to chyba od tamtej pory przestałam mieć opory przed wychodzeniem do parku sama. Wcześniej okropnie się wstydziłam, że ktoś patrzy, że sobie coś myśli i mnóstwo innych rzeczy. Przeszło mi to tak samo, jak  opór przed zakładaniem legginsów. A dziś nie dość, że biegam regularnie, to biorę udział w różnych imprezach biegowych i namawiam do tego znajomych. No dobra – trochę jeszcze miałam opory, żeby wyjść biegać w Boże Narodzenie, ale to też szybko minęło gdy spotkałam kilku biegaczy na trasie :)

Co takiego się stało, że bieganie tak mnie wciągnęło? Pełna dowolność. Mogę biegać kiedy chcę, gdzie chcę, odkrywać przy okazji nowe miejsca w swojej okolicy – miejsca, których bym nie zobaczyła jeżdżąc autem. Nie muszę kupować karnetów, pilnować godziny wejścia i wyjścia. Denerwować się, że się spóźniłam na trening, lub, że spóźnia się ktoś z kim miałam iść na ten trening. Mogłabym wyliczać długo, ale wszystko sprowadza się do tego, że to ja decyduję kiedy biegam, ile kilometrów i w jakim tempie – średnim, wolnym, czy bardzo wolnym. Sport idealny? Na chwilę obecną, dla mnie – tak.

treningbiegaczapl

Na dziś to tyle – do tematu jeszcze wrócę nieraz, bo bieganie stało się bardzo ważnym elementem mojego życia, poświęcam mu tyle samo czasu co scrapowaniu, więc siłą rzeczy musi ten temat zagościć i na moim blogu :) Pozdrawiam serdecznie wszystkich tych co już biegają i tych co jeszcze nie biegają :)