Maraton Warszawski 2018

wpis w: Bieganie, Relacje | 0

Maraton Warszawski

to mój drugi pokonany maraton w życiu, ale tak naprawdę pierwszy, który uznaję za „prawdziwy”. Maraton w Łodzi, który pokonałam w kwietniu, pięć miesięcy wcześniej, był tak naprawdę rozpoznaniem, sprawdzeniem czy ten dystans pożera, przeżuwa i wypluwa człowieka. Przebiegłam go bardzo zachowawczo w obawie przed różnymi maratońskimi niespodziankami.

Szczegóły tutaj:

Moje Maratony

Decyzję o wzięciu udziału w Maratonie Warszawskim podjęłam około półtora miesiąca po łódzkim, gdy już w miarę doszłam do siebie i uporałam się z dość bolesnymi kontuzjami. Miał to być szczególny maraton jubileuszowy, a ponadto przypadał dokładnie w dzień urodzin naszego synka. Pozostała jeszcze kwestia wyboru fundacji, dla której pobiegnę. Myślałam tak długo, że decyzja została podjęta niejako za mnie – zostałam zaproszona do projektu charytatywnego organizowanego przez firmę SII Polska – #SIIruns40WM. Projekt polegał na tym, by 40 osób pobiegło w 40. Maratonie Warszawskim po trzymiesięcznych przygotowaniach, a w czasie tych przygotowań mieliśmy zebrać 40 tysięcy złotych dla Fundacji Rak’n’Roll. Brzmi nieźle, prawda?

40 pracowników Sii pobiegnie w 40. PZU Maratonie Warszawskim i zbierze 40 tys. zł na cele charytatywne

Przygotowania do maratonu

Przez trzy miesiące byliśmy pod opieką trenerską – ja trafiłam do grupy Bartka Olszewskiego (warszawskibiegacz.pl). Miałam do czynienia wcześniej z bieganiem według planu, ale dopiero teraz poczułam na własnej skórze co to znaczy „mocny trening”. Co to znaczy wyjście ze strefy komfortu, daleko poza strefę komfortu. Okazało się, że do tej pory biegałam bardzo wygodnie, leniwie wręcz. Trenując do poprzedniego maratonu pozwalałam sobie na odpoczynki w marszu – pomiędzy odcinkami miałam nawet trzyminutowe przerwy w marszu. Bartek na to nie pozwolił – powiedział, że mamy nauczyć się odpoczywać w truchcie, bo jeśli tego się nauczymy na treningach, to tak szybko nie przyjdzie nam do głowy odpoczywać w marszu podczas startu docelowego, czyli maratonu.

Przed pierwszym maratonem nawet o tym nie myślałam, ale tym razem postanowiłam być mądrzejsza i mniej więcej raz w miesiącu chodziłam na kontrole do fizjoterapeuty (Klinika Profilaktyka), żeby na bieżąco sprawdzać czy wszystko jest ok i wyłapywać stany przed ewentualną kontuzją. Okazało się, że to był dobry pomysł, bo nogi bolały to tu to tam, ale do żadnego poważniejszego urazu czy kontuzji udało się nie dopuścić.

Treningi były coraz cięższe, nie było odpoczynku nawet w czasie urlopu, który spędzaliśmy w górach. Zdarzało się, że polały się łzy, polała się też krew, gdy powłócząc ze zmęczenia potknęłam się o wystającą płytę chodnikową niedaleko domu, na dwunastym kilometrze. Klęłam, zastanawiałam się na co mi to było, ale biegałam dalej, zbierałam pieniądze dla fundacji i odliczałam dni do tego wielkiego dnia.

Planowany czas na mecie kontra trasa

Maraton łódzki pobiegłam w 5 godzin i 2 minuty – poprawić ten wynik wcale nie było trudno, natomiast Bartek ocenił, że powinnam dać radę zrobić czas 4:30. Zrobiło mi się słabo. Ja swoje możliwości oceniałam na 4:40. Obiecałam jednak, że postaram się zrobić 4:30. Miałam zacząć tempem 6:30, stopniowo przyspieszać do 6:20. Trasę maratonu znałam doskonale, bo był to miks tras trzech połówek i jednej piątki, które zrobiłam w Warszawie. Wiedziałam, że most Świętokrzyski ledwo poczuję, ale na Belwederskiej i moście Gdańskim będzie gorzej. Podbieg na Belwederskiej raz mnie pokonał, podczas mojego debiutu w półmaratonie i tym razem chciałam wyrównać rachunki. Udało się – cały podbieg przebiegłam, lekko tylko zwalniając, ale szybko tego pożałowałam, Już od tego momentu moje łydki zaczęły sygnalizować, że za jakieś 20 km odmówią współpracy. To jeszcze nie były skurcze, ale lekkie drętwienie. Poza tym biegło się super. Do czasu.

Co poszło źle

W zasadzie nie popełniłam za wiele błędów, ale maraton to taka bestia, która nie wybacza żadnego. Pierwszym z nich była pogoń za „wiatrochronem” czyli wysokim biegaczem przede mną, który miał chronić mnie przed porywami wiatru na 12. kilometrze. Biegł szybciej ode mnie – najpierw trochę z górki, potem podbieg. 10 sekund za szybko na kilometrze, zadyszka. Drugi błąd – niezależny zupełnie ode mnie, to woda. Podawano nam wodę cechini, która choć pyszna, to zupełnie mi nie odpowiadała – była odgazowana. Ja na codzień nie pijam wód gazowanych ani innych bąbelkowych napojów, podczas biegów nie tykam nawet izotoników, bo mi niedobrze. Tej wody piłam dużo, bo gorąco, co zemściło się uczuciem mdłości na samą myśl o niej, gdzieś od 30. kilometra. Nie mogłam już nic jeść, zostały mi tylko tabletki dextro. Tam też zaczął się najtrudniejszy fragment – długi, ponad kilometrowy podbieg, tam pozbyłam się elastycznego pasa z saszetką po żelach – uciskał mnie w brzuch i też powodował dodatkowy dyskomfort. W głowie pojawiła się nieznośna myśl o zimnej coca coli. Paliła w gardle swoją intensywnością, złościło mnie to, bo wiedziałam, że nawet na mecie jej nie ma, nie tak jak na końcu długiego wybiegania koło domu. Zemścił się też podbieg na Belwederskiej – od 36. kilometra zaczęłam przechodzić do marszu – łydki miałam jak z drewna, bolał mnie strasznie brzuch i już nie miałam siły ani cierpliwości do walki z wiatrem wiejącym prosto w twarz. Nie było za kim się chować, bo tłum biegaczy rozrzedził się, więc wyznaczałam sobie odcinki biegu i marszu. Na 40. kilometrze miał być ostatni punkt nawadniania, więc chcąc pozbyć się tej okropnej myśli o coca coli postanowiłam się napić izotonika, pomyślałam, że w samej końcówce już mogę, już mi tak bardzo nie zaszkodzi. Izo nie było. Była tylko woda, Wypiłam łapczywie pół kubka. Zaszkodziła, zrobiło mi się jeszcze bardziej niedobrze…

Co poszło dobrze

Dzięki szkole Bartka „nie przechodzić do marszu” biegłam nieprzerwanie do 36 kilometra, pomimo tego, że było mi bardzo ciężko już od 32-go. Zwalniałam, ale nie zatrzymywałam się, co uważam za swój ogromny sukces. Pierwszy maraton pobiegłam z plecakiem i mnóstwem rzeczy – teraz pobiegłam na lekko i to też przyczyniło się do podniesienia komfortu biegu – nie miałam nic do targania na plecach, żadnego obciążenia. Dzięki temu po najtrudniejszym fragmencie 36-40 km byłam jeszcze w stanie „poderwać się” i ostatnie 2 kilometry przebiec w miarę dziarsko. Oczywiście nie było mowy o tempie 6:20, ale 6:42 na ostatnim kilometrze też mnie cieszyło ;) Uradował mnie też fakt, że mój „bąbel maratoński” zaczął mnie boleć dopiero od około 30. kilometra. Skubaniec zrobił mi się dokładnie w tym samym miejscu co w Łodzi, taki sam ogromny!

 

Wspomaganie

Główną motywacją i siłą napędową do pokonania tego maratonu była oczywiście zbiórka pieniędzy na rzeczy Fundacji Rak & Roll, ale potrzebne są też różne drobniejsze wspomagacze.

Nieocenieni kibice – ci ze stref kibiców i ci prywatni, którzy przemieszczali się od miejsca do miejsca, a ja ich wyczekiwałam, wypatrywałam. Z jedną koleżanką umówiłam się też na Pradze około 13:00 – musiałam trzymać tempo, żeby się nie spóźnić!

Zadziwiające jest to, jak bardzo może pomóc bransoletka z jednym słowem… Warto mieć takie słowo – klucz, które w odpowiednim momencie zadziała jak zaklęcie… To oczywiście nie wystarcza na całe 42 kilometry, ale każda odgoniona dzięki temu zła myśl to krok do przodu.

Moimi wspomagaczami na każdym biegu są też różne zajęcia odwracające uwagę. Przyglądam się skarpetkom biegaczy, biegnę sobie jak najdłużej się da koło kogoś, kto biegnie z taką samą kadencją jak ja, odliczam zakręty, przeliczam tempo… Na kilka kilometrów starczyło mi odliczanie 6+2=8 i tak w kółko, usiłując utrzymać za wszelką cenę tempo 6:28. Skąd takie liczby? Dokładnie taki dystans wybiegałam tuż przed maratonem – 6,28 km i jakoś mi to utkwiło w głowie. No, ale od pewnego momentu już nawet to nie pomagało :D

Wynik na mecie

Bardzo, naprawdę bardzo, chciałam zrobić te planowane przez Bartka 4:30, jednak w głowie miałam zafiksowaną upartą myśl, że to dla mnie za szybko i że nie dam rady. Że to PÓŁ godziny szybciej niż poprzedni maraton, a to tak strasznie dużo! Czułam się gotowa na 4:40 i to było o wiele silniejsze przekonanie niż słowa trenera. Zgadnijcie jaki wynik miałam na mecie? 4:39’29” :D Ciekawe co by było, gdyby mi powiedział, że mam biec na 4:40… Pewnie bym się tak nie mobilizowała od samego początku…

Meta

Wreszcie. Poryczałam się okropnie, wszystkie emocje puściły gdy tylko przekroczyłam linię mety i wpadłam w ramiona dziewczynom z Fundacji. Parę minut minęło zanim doszłam do siebie, potem jeszcze miałam do zrealizowanie obietnicę daną jednemu z darczyńców. Deska. No cóż. Deska po maratonie to nie jest najprzyjemniejsza czynność…

Zbiórka

Ja na swoim koncie zbiórkowym zebrałam 3163,51 zł i byłam druga po bezkonkurencyjnym Maćku – pomysłodawcy całej akcji. Tu możesz poczytać jak nam poszło jako drużynie:

Pracownicy Sii przebiegli 16 000 km i zebrali łącznie 43 000 zł na cele charytatywne w ramach projektu #SiiRuns40WM

Kiedy kolejny maraton?

W kwietniu 2019, znowu w Warszawie. Tym razem wypadło na Orlen Warsaw Marathon. Chciałam pobiec jeszcze raz łódzki maraton DOZ, ale zostałam już zaproszona do charytatywnej sztafety EKIDEN w tym maratonie, więc pobiegnę tylko kawałek – 10 kilometrów, w czwartej zmianie. A potem będę kibicować :D Brałam już raz udział w sztafecie maratońskiej, ale każdy z nas biegł po 2 km kilka razy – EKIDEN to dla mnie zupełna nowość i już się nie mogę jej doczekać!