Łódź DOZ 10k RUN – Relacja

wpis w: Bieganie, O mnie, Relacje | 8

Wspomnienie o warszawskim półmaratonie staje się coraz bledsze, a na biegowe miejsce numer jeden przesunął się bieg na 10 km, będący biegiem towarzyszącym w DOZ Maraton Łódź z PZU – mój pierwszy start w zawodach na takim dystansie. Nie wiem jak to się stało, ale wcześniej startowałam tylko na 5 km, a potem od razu w półmaratonie.

Start w biegu DOZ 10K RUN był dla mnie bardzo ważny od samego początku, i ta ważność nie miała nic wspólnego z oczekiwanym wynikiem. Był dla mnie ważny ze względu na miejsce. Start – Atlas Arena, a potem trasa częściowo biegła przez Retkinię – jedno z największych łódzkich osiedli.

Dawno dawno temu Retkinia to była wieś, istniejąca od XIV w., wchłonięta przez miasto Łódź w 1946 roku. Moje pierwsze spotkanie z tym miejscem nastąpiło zimą, w grudniu 1983 roku, kiedy to przeprowadziłam się z mamą do świeżo wybudowanego bloku. Do mieszkania z tak zwanego przydziału. W naszym pachnącym nowością domku zagościła obowiązkowa meblościanka, a sam blok stał obok samotnego starego kasztana, który chyba cudem się uchował w tym budowlanym szale. A dalej… Było błoto. Po kolana. Bo budowlańcy postawili bloki, ale o chodnikach chwilowo zapomnieli. Do dziś pamiętam, jak do szkoły często chodziłam w gumowcach, bo w niczym innym się nie dało, a po lekcjach bawiliśmy się w porzuconych elementach budowlanych :)

Na tym osiedlu mieszkałam około 20 lat, bardzo ważnych lat – całą podstawówkę, liceum i jeszcze kawałek dorosłego życia. Potem wyprowadziłam się na osiedle Widzew – konkurencyjne dla Retkini pod względem urody, infrastruktury i… drużyny piłkarskiej. Od czasu wyprowadzki na Retkini bywałam bardzo rzadko, a biegowo wcale, więc nie mogłam przepuścić takiej okazji!!

Po pakiet startowy pojechałam już w piątek, bo nie mogłam wytrzymać – dostałam śliczną koszulkę firmy NEWLINE (znowu niebieską), trochę ulotek, witamin, drobiazgów od sponsorów. I najważniejsze – kupon na PASTA PARTY! Sama z siebie specjalnej uwagi bym do tego nie przywiązywała, ale nasz synek stwierdził, że on chce jechać na kluski i już. Doświadczenie w tym temacie nabył już przecież w Warszawie :) A zatem w sobotę pojechałam z nim do Atlas Areny po raz drugi. W końcu – czego się nie robi dla dziecka?

Na parkingu pod halą imprezka trwała już od rana, pomimo dość pochmurnej pogody – konkursy, pokazy, charytatywne akcje:

A my udaliśmy się do hali na pasta party. Niestety nie było żadnych klusek z pomidorami… Wzięliśmy kluchy z indykiem i czarnymi oliwkami. Do klusek dostałam paczkę bakalii, naszą ulubioną wodę i bezalkoholowe piwo:

02
Synek nakręcił też kilometr na rowerku w ramach akcji „Podziel się kilometrem” i pojechaliśmy do przyjaciół na prawdziwe party :)

Wieczorem, po zjedzeniu tych wszystkich pyszności, około godziny 23:30 zastanawiałam się czy to aby na pewno było dobre posunięcie… Wszystko świeże i pyszne, ale jednak chyba nie do końca zaliczane do polecanych dań przed zawodami… No nic. To przecież „tylko” dziesięć kilometrów. Pożyjemy – zobaczymy. Rano – tradycyjnie bułeczka z dżemem i lecimy na start. Nie wiem dlaczego wyobraziłam sobie, że będzie mało ludzi. Mało – w porównaniu z półmaratonem w Warszawie, gdzie było około 13 tysięcy biegaczy + obsługa i kibice. DOZ Maraton Łódź zgromadził około 6 tysięcy biegaczy. To przecież też jest bardzo dużo! Widok był obłędny, a pomysł z jednoczesnym startem w dwie strony jest genialny. Rzeka maratończyków w pomarańczowych koszulkach pobiegła w stronę centrum miasta, a my – w większości niebiescy – na Retkinię. Tu (klik) jest zdjęcie, na którym bardzo fajnie to widać (ze strony polskabiega.pl)

Cała nasza grupka się zebrała i poszliśmy na start. Nie do końca dobrze były oznaczone strefy czasowe i chyba wylądowałam w strefie na 55 minut, dzięki czemu pierwszy kilometr pobiegłyśmy za szybko. Pobiegłyśmy – bo przez pierwsze cztery kilometry byłam zającem dla Doroty, która wróciła do biegania po trzech miesiącach przerwy. Jaki był mój plan na ten bieg? W zasadzie w ogóle się do niego nie przygotowywałam, raczej cały czas regenerowałam po półmaratonie, robiłam tylko całkiem lekkie treningi. Jednak poprzedniego dnia wieczorem postanowiłam spróbować poprawić swój czas na 10 km sprzed 3 tygodni (1:02:40) i urwać tę końcówkę. Ustawiłam zegarek na czas 1:02 i biegłam cały czas w miarę równo – zgodnie z tym co napisał mi Paweł w komentarzu pod Albumem BiegaczaCały czas w okolicach maksa i się człowiek modli, żeby wytrzymać do końca tych męczarni. Dosłownie. Temperatura, tak jak w Warszawie, była bezlitosna. Stopy mnie piekły jak przypalane ogniem i przez cały czas starałam się biec w cieniu, po tej części asfaltu, która jeszcze nie wyschła po nocnym deszczu  – wmówiłam sobie, że będzie chłodniejszy i nie będzie tak bardzo bolało. Pić mi się chciało nieprzytomnie, byłam przekonana, że na dyszkach nie ma punktów z piciem, i gdy za piątym kilometrem zobaczyłam stoliki z kubkami to – uwierzcie mi – miałam ochotę wyściskać wolontariuszy. I na dodatek – stali w cieniu, wzdłuż lasu. Złapałam najpierw jeden kubek, potem drugi, a przy ostatnim stoliku jeszcze sobie dolałam wody na zaś. I tak sobie biegłam aż do ósmego kilometra, kiedy to poczułam, że już nie mogę. Koniec. Nie dam rady (w takim tempie oczywiście, nie to, że stop). Ale – miałam deskę ratunku. A konkretnie saszetkę. Saszetkę cukru z McDonalds’a, bez której się nie ruszam na żaden trening. Śmiało mogę powiedzieć, że ta saszetka uratowała mój bieg. Przynajmniej przez kilometr nie myślałam o biegu, próbując rozpuścić ten cholerny cukier w ustach bez śliny. A na dziewiątym kilometrze już było lepiej :) Kolejny kryzys miałam jakieś 500 metrów przed metą, ale usłyszałam hałas spod hali, masę rozentuzjazmowanych kibiców, tablicę z napisem TERAZ JUŻ TYLKO Z GÓRKI, spojrzałam na zegarek, zobaczyłam tętno 183, zamarłam (zaraz zemdleję?), wbiegam w dół, do tunelu prowadzącego do wnętrza hali, a tam huk bębnów jak w podziemiach Khazad-dûm – zespół bębniarzy walił w wielkie bębny nadając rytm krokom aż do mety, na którą wleciałam jak na skrzydłach. Co za moc! Bębniarze powinni dostać medale za zasługi! Mój wynik to 1:01:14 – lepszy niż się spodziewałam :D juhuu!

DSC_6292 (1)-horz

Za metą – ledwo mogłam ustać na nogach, ale wiedziałam, że jak usiądę to nie wstanę. Ustawiłam się w kolejce do medali marząc o wodzie. I tu – kolejny ukłon w stronę organizatorów – w tłum weszły dziewczyny z tacami i rozdawały wodę w kubeczkach. Do medalu dotarłam już całkiem ogarnięta. Potem spotkało mnie jeszcze kilka miłych rzeczy – spotkałam Basię, biegową koleżankę z Łowicza, dostałam wodę, izotonik, pyszną, zimną pomarańczę i banana. Czułam się jak baba z Radomia z tymi wszystkimi rzeczami pod pachami. A na górze, po wyjściu ze strefy finishera spotkanie z resztą bandy i kolejna nagroda – przepyszne arabskie ciasteczka ma’moule z daktylami, które wyprodukował mój mąż. 
IMG_1503

Podsumowując – organizację biegu oceniam bardzo wysoko za wyjątkiem oznaczenia tych stref czasowych. Poza tym wszystko było ekstra. Moją uwagę na przykład zwróciły przenośne plastikowe umywalki obok szeregu toi toi’ów, Z WODĄ, Z MYDŁEM I RĘCZNIKAMI PAPIEROWYMI.

A po biegu, gdy już wszyscy ochłonęliśmy, udaliśmy się na Food Street Festival, żeby zjeść coś pysznego i jeszcze ze sobą pobyć. Ja wybrałam jedzonko ukraińskie – mam sentyment do tych regionów… Barszcz ukraiński, czeburek z mięsem i serniczek:

0t87129snpla1

Bieganie jest fantastyczne, tyle fajnych rzeczy dzieje się dzięki temu… Ta atmosfera spotkań, na starcie i to co potem – gdy wszyscy są w znakomitych humorach, pomimo nie zawsze najlepszych wyników… Genialne!

Pozdrawiam :D