Jem żeby Biegać, czy Biegam żeby Jeść?

wpis w: Bieganie, Kuchnia | 18

Dawno, dawno temu… w ogóle nie zwracałam uwagi na to, co jem. Miało mi smakować i sprawiać mi przyjemność. I musiało być tego dużo. Nie zwracałam żadnej uwagi nawet na to, że potem czasem pojawiały się różne, nazwijmy to delikatnie, niedogodności ze strony przewodu pokarmowego.

Lata mijały i najpierw zaczęłam się trochę interesować jedzeniem pod kątem kaloryczności, bo podobno metabolizm zwalnia a to skutkuje poszerzaniem się talii, którą zawsze raczej mogłam się chwalić a nie ukrywać. A jak już kiedyś pisałam – ze sportami wszelakimi jakoś nie mogłam się polubić na dłużej.

Potem na świecie pojawił się nasz super synek o blond włoskach i to spowodowało, że zaczęłam czytać etykietki. Tak się szczęśliwie złożyło, że mam koleżankę Kamilkę, która jest doskonale obeznana teoretycznie i praktycznie w temacie i trochę mnie podszkoliła w kwestii rodzajów mąk, soli, cukru (słodzików naturalnych i sztucznych), wartości odżywczych, dała mi też popróbować różnych „dziwadeł” typu karob, melasa, kupiła mi też pierwszą różową sól himalajską i pełnoziarnistą mąkę orkiszową. Nie to, żebym od razu przeszła na tę drugą stronę mocy, ale po troszeczku, powoli zaczęłam zmieniać pewne produkty w kuchni i nawyki.

IMG_20151229_142253_wp

Aż nadszedł kolejny przełomowy moment, czyli zaczęłam biegać. To dobry bodziec do zmiany niektórych nawyków żywieniowych. Nie jestem zawodową biegaczką, więc nie robię różnych skomplikowanych eksperymentów białkowo – węglowodanowych, ale jeszcze raz musiałam zrobić żywieniowy rachunek sumienia. Bo jak to jest właściwie? Jem żeby biegać, czy biegam żeby jeść? Czasem tu i ówdzie pada pytanie o motywację do biegania i u mnie zdecydowanie jedną z silnych motywacji jest jedzenie. Uwielbiam węglowodany, we wszystkich postaciach. Kluski, ziemniaki, słodka kawa, ciasteczko do kawy, owoce tonami! No i co ja mam zrobić? Męczyć się i nie jeść? O, nie. To ja wolę się jednak pomęczyć i pobiegać, żeby pojeść. Ale niestety nie jest tak prosto jak by się wydawało. Bo mój organizm już nie chce po bieganiu ot, zwyczajnego banana. Chce koktajlu bananowego. Z jogurtem naturalnym i otrębami. Chce batoników mocy z orzechami i żurawiną. Chce codziennie pić wodę z cytryną. Nie chce jeść smażonego. No może za wyjątkiem placuszków teściowej, omletów i jajecznicy. I tak dalej. Wymagający się robi ten mój organizm… No i najważniejsza rzecz, najtrudniejsza. Musi dostać jeść przed bieganiem, o zgrozo… Na samym początku mojego biegania, czyli jeszcze na etapie marszobiegów, wychodziłam z domu z pustym żołądkiem. Nawet kawy nie mogłam wypić, bo kawa jest moczopędna a toi toi w parku nie ma kafelków w błękitne paseczki i papieru toaletowego w motylki. Taki stan utrzymywał się dość długo, przez wiele miesięcy, aż do stycznia tego roku czyli do momentu, kiedy zaczęłam przygotowywać się do Półmaratonu Warszawskiego. Przy dłuższych wybieganiach zaczęłam odczuwać nieprzyjemne spadki mocy, nic dziwnego. Niezbyt silne, ale ponieważ wybiegam coraz dalej od domu, a należę do osób raczej zapobiegliwych i planujących niż spontanicznych, to zaczęłam zgłębiać temat. Nie uśmiechało mi się na przykład zemdleć gdzieś w innej dzielnicy, w okolicy, gdzie mało kto zagląda. Zaczęłam od jedzenia przed bieganiem – pół banana. Bardzo dobra rzecz, nie powoduje żadnych niefajnych odczuć w brzuchu. Czasem dla odmiany pół banana i kostka czekolady. Ale ile można jeść banany? Przed bieganiem, po bieganiu, na podwieczorek po południu? Nie chcę żeby mi obrzydły, bo to jeden z moich ulubionych owoców. Kolejną rzeczą poddaną testom była kanapka z nutellą. Po kilkukrotnym użyciu okazało się, że nie działa. Za każdym razem, kiedy poszłam biegać po nutelli, miałam kolkę. Czasem jedną, czasem trzy. Trzecią rzeczą poddaną testom jest kanapka z dżemem, który zrobiłam w czerwcu 2015. No palce lizać, ciężko się powstrzymać przed zjedzeniem drugiej… Kolki podczas biegania brak – ale na razie sprawdzałam takie śniadanie raz.

A po dobrej kawce, dobra kanapka. Najlepsza!! Chleb razowy orkiszowy domowego wypieku i dżem porzeczkowy pachnący latem. Jeszcze tylko brakuje, żebyśmy masło sami robili #chleb #dzem #domowy #porzeczki #orkisz #zdrowojem #healthy #eatinghealthy #bread #homemade #homemadefood #fattoacasa #instafood #food #foodporn #sweet #yummy #delicious #aduparosnie

Kolejny poziom to jedzenie w trakcie biegu. Przeglądając kiedyś jakieś forum w poszukiwaniu informacji na temat żeli energetycznych, natrafiłam na wpis gościa, który stwierdził, że po co jeść żele, skoro są snickersy. Żartu nie złapałam, bo jeszcze wtedy nie miałam przyjemności jeść w biegu. Za to inni forumowicze ze śmiechem pytali, jak on to robi?! Zwyczajnie, najpierw przez jakiś kilometr męczy się z gryzieniem, potem przez kolejny z odklejaniem karmelu z zębów i wydłubywaniem orzeszków spomiędzy zębów. I dzięki temu nie czuje, że biegnie. Hmm… Interesujące. Snickersa co prawda nie próbowałam jeść, ale czekoladę przy -14ºC owszem. Dość interesujące doznanie. Jakbym jadła stary materac. Następny w kolejce był cukierek – galaretka w cukrze. Szybko się zjada, ale strasznie długo pozostaje słodycz w ustach, irytująca. Nie miałam jednak nic w zamian aż do dnia, kiedy to poszłam na zakupy do osiedlowego dyskontu spożywczego i nabyłam takie coś:

DSCF8545

Póki co – to mój ideał, na wybieganie 12-15km wystarcza mi jeden, zjadam po około 8-10km. Dobrze się rozgryza, łatwo połyka. Według etykietki – bez cukru, same owoce (daktyle + banany i daktyle + truskawki), odrobina tłuszczu jako łącznika. Trochę posmak zostaje, wiadomo, ale nie tak jak po tych cukrowych przegryzkach. Tylko trzeba pamiętać o tym, żeby naciąć folię przed wyjściem z domu, można się trochę wkurzyć jak nie daje się rozerwać :)

DSCF8539

I dobra wiadomość jest taka, że podobne batoniki można zrobić samodzielnie w domu. Mój mąż, który ma wystarczająco dużo cierpliwości do kombinowania z proporcjami i składnikami, zrobił odpowiedniki tych kupnych batoników. Trochę trzeba dopracować wykonanie, żeby dało się je ze sobą zabierać w kieszeń – póki co są idealne po bieganiu.

Przepis na domowe batoniki owocowe:

80% daktyli
20% bananów
olej słonecznikowy (łyżeczka na 200 gram)

Daktyle zalać wrzątkiem. Po kilkunastu minutach zblendować. Dodać banany i ponownie zblendować. Dodać olej i dokładnie wymieszać. Gotową masę wyłożyć na papier do pieczenia i utworzyć placek o grubości około 0,5 centymetra i wielkości 15 na 15 cm. Powierzchnię wyrównać. Włożyć do piekarnika nagrzanego do temperatury 180ºC. Piec około 20 minut. Po tym czasie placek wyjąć i delikatnie przełożyć na drugą stronę. Piec przez kolejne 10 minut. Po tym czasie piekarnik wyłączyć i pozostawić placek w środku na 30 minut. Po wyjęciu porcjować na mniejsze części.

Przepisy na inne fajne batoniki możecie znaleźć tutaj:

Batonikowe Love.

Podobał Ci się ten wpis? Napisz mi o tym, będzie mi przyjemniej pisać kolejny! 

Pozdrawiam :)