IX Półmaraton Szakala – Łódź 2018

wpis w: Bieganie, Jesień, Relacje | 0

Nie ma drugiego takiego. To bieg jedyny w swoim rodzaju. Półmaraton Szakala, najlepszy półmaraton w Łodzi, od lat niezmiennie cieszący się wielkim uznaniem biegaczy.

O moim pierwszym i drugim półmaratonie Szakala pisałam tutaj, klik:

Półmaraton Szakala dookoła Lasu Łagiewnickiego

Po ubiegłorocznym Szakalu obiecałam sobie, że choćby nie wiem co – pobiegnę następny. Do trzech razy sztuka, tym bardziej, że na medalu miała być wiewiórka, a ja przecież od jakiegoś czasu jestem ruda.
Zapisałam się zaraz po otwarciu rejestracji, nie czekałam ani chwili. Nie było istotne to, że bieg ten miał się odbyć trzy tygodnie po Maratonie Warszawskim – założyłam, że się zregeneruję, a nawet jak się nie zregeneruję, to trudno. Najwyżej będę ostatnia na mecie. Choćbym miała iść – chciałam tam być i już :D

Regeneracja pomaratońska przebiegła o wiele lepiej niż ta poprzednia, zanosiło się na naprawdę fajny bieg.
Po pakiet pojechałam dzień wcześniej – jako mieszkanka Łodzi nie miałam możliwości odbioru pakietu przed biegiem – ta była zarezerwowana dla biegaczy przyjezdnych. Korzystając z tej okazji zrobiliśmy sobie z synem spacer dookoła stawu, taśmy wyznaczające trasę już były rozwieszone, trasa czekała na nas w pełnej gotowości! Nawet pogoda zaczynała się poprawiać, parę dni wcześniej było paskudnie, a w sobotę niebo nieco się przetarło.

Przy odbiorze pakietu czekała na mnie niespodzianka – możliwość wyboru numeru. Limit biegaczy wynosił kilkaset osób, więc nie miałam co liczyć na 1051, ale udało się upolować dla mnie 151 – najlepszy możliwy odpowiednik, a dla Olki 101. Poza numerem na Szakalu dostaje się zwyczajowo kubek i magnes, dostaliśmy też żel ALE – w sam raz na bieg. Na pewno niektórzy powiedzą, że pakiet nader skromny, ale według mnie dostaliśmy dokładnie tyle, ile potrzeba na półmaraton. Żadnych niepotrzebnych torebek foliowych, żadnych ulotek, gadżetów – po prostu zero waste. Najważniejsze jednak jest to, co dostaliśmy poza pakietem: coś, czego często brakuje na biegach – najwyższą jakość jeżeli chodzi o obsługę, atmosferę, trasę. Nawet pogodę :D

Na sam bieg w niedzielę pojechaliśmy dużo przed startem, ze względu na zobowiązanie syna, który po raz trzeci był wolontariuszem. Zbiórkę mieli o 10:30, potem wyposażeni w mapę, worki na śmieci, nożyczki i inne potrzebne rzeczy rozjeżdżali się na wyznaczone przez kierownika biegu punkty.

Start w tym półmaratonie jest podzielony na trzy fale. Pierwsza fala to kobiety, ruszyłyśmy o 12:00. 15 minut po nas pierwsza część mężczyzn, następna o 12:25. Dzięki temu nie ma strasznego ścisku na wąskich leśnych ścieżkach. Drugą zaletą takiego startu jest większy aplauz podczas naszego startu – kilkuset mężczyzn czekając na swój start kibicował nam. A potem równie entuzjastycznie nas wyprzedzali :D

Pierwszy kilometr trasy wiedzie asfaltem, biegłyśmy sobie pogadując z Olką i Dorotą. Szyk naszej trójki zaczął się rozpadać po około 1,5-2 kilometrach, już w lesie. Biegłam sobie zatem sama, nie patrząc zbytnio na tempo, lecz przede wszystkim kierując się samopoczuciem. A to miałam znakomite. Zakładałam, że będę biec wolniej, ale wszystko sprzyjało – było w miarę sucho, powietrze rześkie, las pachnący i piękny. Jedyne fragmenty, gdzie przeszłam na chwilę do marszu to podbiegi i zbiegi w parowach, ze względu na to, że inni szli – bałam się wyprzedzać na ostrych zbiegach pełnych liści, żeby nie zrobić krzywdy sobie czy komuś.

Od 13. kilometra zaczęło mnie coraz bardziej nosić (to mój kilometr „nieśmiertelności”), powstrzymywałam się do szesnastego, potem już leciałam bez hamulców, a od 19 (niemal po płaskim) na pełnej pompie. Ostatni kilometr wypadał dookoła stawu, biegliśmy utwardzoną ścieżką a po drugiej stronie stawu było widać i słychać metę. Fantastyczny pomysł, dawało to dodatkowego kopa. Ostatnia prosta, lecę, tłum gęstnieje, tętno rośnie w kosmos, wzrok wytężam i widzę, że na mecie stoi dyrektor biegu, Maciej Rakowski z naręczem róż. Myślę sobie, ale fajnie, jakaś biegaczka może ma urodziny? Zapomniałam, że na mecie tego biegu każda kobieta dostaje różę… Jakie to jest sympatyczne… Zaraz potem dostałam medal od własnego dziecka… Nie mogło mnie spotkać nic milszego :D Emocje mieszają się, radość z ukończonego biegu, duma i wzruszenie… Ach :D

Mam nadzieję, że Was zachęciłam do startu w tym biegu i widzimy się za rok! Ściskam :D

Zdjęcia:

Mariusz Błaszczyk
ANIGREG
FOTO DOKTOREK
i własne.