Dycha Justynów Janówka – Relacja

wpis w: Bieganie, Relacje | 22

Po biegu DOZ 10k RUN, który był dla mnie biegiem wyjątkowym i ważnym, kolejnym biegiem, w którym wzięłam udział była Dycha Justynów Janówka. Ten bieg też był dla mnie bardzo ważny, ale z całkiem innych powodów.

Mieszkam w dużym mieście, do którego przykleiło się określenie „szare i brudne”. Choć ja sama uważam, że jest piękne, barwne i ma wiele bardzo interesujących zakątków, to nadal jest miastem ze wszystkimi miejskimi urokami. I w tym właśnie mieście, na swoim osiedlu wyszukuję najlepsze trasy biegowe jakie mogę, ale 90% z nich to wielopasmowe ulice. Szczęśliwie nie są one głównymi arteriami miasta, przez które przewalają się tysiące aut na godzinę, ale powodują, że czuję tęsknotę za kontaktem z naturą. Za bieganiem po lesie. Powiecie – wsiądź do auta i jedź gdzieś, gdzie jest las, biegaj! Ale – po pierwsze czas na bieganie mam dość ograniczony, po drugie – sama się boję, a po trzecie – nie mam butów do biegania w terenie. Raz na jakiś czas oczywiście mogę w nich wyskoczyć na leśne ścieżki, ale na co dzień – nie zdałyby egzaminu.

0d4di0pdxiu7r

Dlatego właśnie z dużym entuzjazmem zapisałam się na bieg w Justynowie. Nie zamierzałam robić tam żadnej życiówki, miałam zamiar pobiec w strefie komfortu, choćby to oznaczało wynik grubo powyżej godziny. Na miejsce dojechaliśmy nieco później niż chciałam, bo dwa razy skręciłam nie tam gdzie trzeba i musiałam zawracać, trafiliśmy na korek, w którym tkwiliśmy około kwadrans, potem jeszcze trzeba było kawałek dojść z parkingu do startu. I znów los mi sprzyjał, start opóźnił się o 5 minut, dzięki temu zdążyłam znaleźć przyjaciół, oddać im dokumenty na przechowanie, troszkę się rozgrzać i ustawić na starcie.

00mhiucbry3e1

0tr2pvzkwp2tl

DSC_6385_wp

Jak już wcześniej napisałam – miałam zamiar biec komfortowo. Ale co to znaczy? Dla każdego coś innego. Nawet dla mnie jednej strefa komfortu może być różna w zależności od okoliczności. Tym razem oznaczało to pobiec w tempie około 6:15 min/km z Anią u boku, i gadać z nią non stop przez dziewięć kilometrów – z górki, pod górkę, po piachu i żwirku. Rozmawiałyśmy o sukience, którą kupiłam, o butach, o diecie wegańskiej, o wiejskich jajkach (pozdrawiam pana, który usłyszał tylko hasło „jajka” i bardzo się z nas chichrał), o bieganiu, o sukni ślubnej, o… różnych rzeczach. Bo dawno się nie widziałyśmy. Całe dwa tygodnie :D Dopiero tuż przed końcem dziewiątego kilometra rozstałyśmy się i już bez gadania dobiegłyśmy do mety. No… nie powiem, żeby sprint po takim przegadanym dystansie był czymś przyjemnym, szczególnie na grubej warstwie piachu. Aha, zapomniałam napisać, że zapomniałam włączyć zegarka i nie wiedziałam ile jeszcze do mety, a to informacja dość istotna. Gdy zobaczyłam to:

0tgba7lg8uhwj

a jednocześnie tuż obok siebie moją kibicującą koleżankę Basię i szefową, przycisnęłam pedał gazu, przebiegłam pod balonem i uff, przeszłam do truchtu,żeby nie blokować miejsca. A po chwili… jacyś ludzie zaczęli do mnie machać, krzyczeć: BIEGNIJ, to jeszcze nie koniec, META JEST DALEJ! jak to?! no nic, nie mam siły, ale dobra, biegnę za innymi! Okazało się, że trzeba było zrobić jeszcze kółko dookoła boiska… Na prawdziwej mecie dostałam śliczny malutki medal, dostałam też wielką torbę jabłek, a od Ani wegańskiego burgera.

1pgpqy9srtzvk_wp

DSC_6420_wp

Ogólnie bieg zaliczam do super udanych, a to, że byłam w stanie biec i gadać przez ponad 50 minut jest dla mnie niesamowitym wyznacznikiem poprawy wydolności – ostatni taki „test” robiłyśmy z Anią 2 stycznia w Łagiewnikach – przebiegłyśmy wtedy plotkując około 2 kilometrów.

Jeżeli chodzi o organizację, nie podobała mi się podwójna meta – zmyłka i  to, że część trasy pokrywała się z trasą dla kijkarzy – kilka razy potknęłabym się o szeroko rozstawione kije, zdarzyło się też, że dwie osoby szły obok siebie i nie chciały mnie przepuścić. Buty też się nie sprawdziły – czułam każdy kamień, na piachu momentami miałam wrażenie, że biegnę w miejscu a na jednym z zakrętów wywinęłabym orła.

I już się nie mogę doczekać kolejnego biegu!