Cel – Półmaraton – Tydzień 8.

wpis w: Bieganie, Trening | 18

Kolejny tydzień zaczął się cudownie. Po prostu rewelacyjnie. Czujecie ten sarkazm? W poniedziałek prawie cały dzień padało coś, co trudno sklasyfikować – deszcz ze śniegiem czy śnieg z deszczem. Kładąc się spać obmyślałam plan, co zrobię jeśli aura się nie zmieni. Niestety nic sensownego nie wymyśliłam – zasnęłam bez planu. We wtorek obudził mnie mój mąż słowami: „kotek! Śnieg pada! Tyle już napadało!” wykonując przy tym gest palcami, który oznaczał mniej więcej 10cm. Tiaa… Odwróciłam się na drugi bok i pomyślałam, że może zatem w końcu pójdę na basen. Wstałam po kwadransie, popatrzyłam przez okno, kotek powiedział, że na basen to ja sobie mogę pójść, ale chyba PO bieganiu? Nie ma to jak wsparcie małżonka, heh. Pomyślałam, że w końcu taką pogodę to ja już naprawdę nieraz pokonałam i poszłam. Najpierw 45′ biegu w tempie konwersacyjnym – i dobrze, bo moje mięśnie ud znów przypomniały o sobie tak, jak dwa tygodnie temu po City Trailu, potem 12x szybko na 80% możliwości przez 30″ z przerwą 60″. Szybko na  80% możliwości… Jak się biegnie tak szybko to czasem się nie zdąży nawet podjąć decyzji czy wbiec prosto w środek tej ogromnej kałuży czy omijać ją po trawniku błocie po kostki… Fajnie było, nie ma co :D Ale jeszcze fajniejszy był ten gorący prysznic po powrocie do domu i nagroda :D

2016-03-01-01-horz

Czwartek. Rano nie mogłam się zwlec z łóżka… I znowu się pojawiła taka cieniutka niteczka myśli, że może by tak… Nie. Nie dokończyłam tej myśli, wyszłam. Pomimo lekkiego deszczu. W planie miałam najpierw 20 minut biec w tempie konwersacyjnym, potem 5x po kilometrze na zmianę w tempie 6:10/7:10 min/km. Oj, ciężko jakoś było… To był bieg, w którym główny wysiłek przyjęła na siebie zdecydowanie moja głowa, nie nogi. Na koniec 10 minut truchtu. Po osiągnięciu 14. kilometra wyłączyłam licznik i pół kilometra, które zostało mi do domu przeszłam już marszem – i to jest nowość, bo zazwyczaj dobiegałam pod samą klatkę, żeby mieć jak największy „przebieg”. Postanowiłam jednak w miarę możliwości każdy bieg zakańczać choćby krótkim marszem, takie chłodzenie i uspokojenie dobrze mi robi. Potem oczywiście także rozciąganie i rolowanie.

Sobota. Wyszłam z domu o ósmej zero zero, bo w planie miałam „długie spokojne wybieganie”. 16 kilometrów. Rozłożone na dwa kawałki z dwuminutową przerwą na marsz. Ubrałam się za cienko, bo przesadnie zawierzyłam prognozie pogody z google. No, ale najważniejsze, że nie padało. Biegłam w założonym tempie około 7 minut/km. I biegłam, i biegłam… No i nabiegałam 16,5km, bo trochę źle obliczyłam trasę, ostatnie 0,5km do domu przeszłam na pieszo. Podczas samego biegu nie czułam jakiegoś nadmiernego zmęczenia w przeciwieństwie do czwartku, ale po południu musiałam się położyć na kilkunastominutową drzemkę, żadna kawa nie była w stanie mnie pobudzić – byłam po prostu wykończona. Ale i zadowolona, bo to był mój najdłuższy dystans w życiu, bo pokonałam go bez większego wysiłku psychicznego. Po prostu biegłam i już. Aha – no i słuchałam kolejnej książki. Okazuje się, że audiobook to znakomity sposób na nudę na takim długim bieganiu – nawet jeśli nie jest to książka marzeń to człowiek nie ma takiego poczucia samotności mając w uchu czyjś głos.

CT_buty

Niedziela. Ostatni z biegów z cyklu City Trail… Szkoda, że to już koniec – na następny trzeba czekać pół roku! Z sześciu biegów ukończyłam pięć i po wynikach widzę jaki postęp zrobiłam. W pierwszym biegu mogłam tylko pomarzyć o złamaniu 30minut, w kolejnych dwóch z całych sił usiłowałam to zrobić, udało mi się wreszcie w czwartym! A w ostatnim zrobiłam to, bo chciałam, świadomie, pomimo zmęczenia po tym długim bieganiu dnia poprzedniego.

CT_GP

CT_map

Podsumowanie tygodnia. Wszystko okazuje się być kwestią czasu, pracy i dobrego planowania :)

Zdjęć w tym tygodniu mało, bo pogoda nie zachęcała do uwieczniania czegokolwiek… Za to kilometrów wyszło mi dużo, aż 46,5! Pozdrawiam cieplutko!

 

  • Dużo tych kilometrów. :-) Ja po cichu marzę o przebiegnieciu trzech. Taki cel mam, bo marzyć to marzę teraz o dwóch minutach. :-D Też z poprzedniego tygodnia nie mam zdjęć, bo mój syn, który ze mną trenuje nie pozwala mi na żadne postoje i dokładnie pilnuje czasu. Oczywiście uświadomiłam go, że jeśli nie będę dawać rady, to w nosie mam czas, ale na razie jest ok. :-) No i motywuje mnie, nie ma pomiłuj, że pada, że wieje. Tak, dobry motywator jest bardzo potrzebny. :-D Cieszę się, że tak dobrze, Ci idzie, bo Twój cel coraz bliżej. I jeszcze raz bardzo dziękuję za to, że zrobiłaś mi dzień. :-D Buziaki. :-*:-*:-*

    • Basiu – do wakacji będziesz marzyć o pięciu, bo trzy kilometry już będziesz spokojnie robić :) Jeżeli masz telefon – smartfon to mogę Ci podesłać nazwy fajnej aplikacji do mierzenia czasu :)

      • Obecnie używam endomondo, ale głównie po to by zapisywało moje treningi i kilometry. Odkąd biegam z synem, on mierzy czas, zwykłym stoperem. Całkiem dobrze mu to idzie, bo mierzy czas bardzo dokładnie (w przeciwieństwie do endomondo). Dla mnie na razie liczy się tylko odmierzanie dwóch minut lub minuty i czy dam radę to przebiec. :-) A jak endomondo przysyła mi informację o rekordzie życia, to się tylko usmiecham, bo to miłe jest. :-D Chętnie się dowiem z czego Ty korzystasz.

        • Endomondo do rejestracji kilometrów i rekordów jak najbardziej używam, ale do odmierzania tych minutek biegu i odpoczynku fajny jest runtastic timer – bardzo ułatwia życie :)

    • Basiu liczy się radość z każdej odległości. Pamiętam moje szczęście, gdy przebiegłem pierwsze kilkaset metrów. Czerwony, zaziajany, umarłem. Każdy inny dystans jest też szczęściem, ale on nie ma granic. Znajome małżeństwo własnie strzeliło sobie w górskim biegu trzy pętle po 16km (!!!), coś dla mnie po prostu nieosiągalnego. Ale przecież się nie będę martwić, że tyle nie umiem, cieszę się z każdej minuty biegu – na wszystko przyjdzie czas. I tak do tematu podchodź. Cudownie, że masz syna – motywatora :)

      • Coś o tej radości już wiem. :) Niesamowitym jest fakt, że można tak się cieszyć z minuty biegu, potem z dwóch. :D I że kiedy wracam z treningu jestem umęczona fizycznie, ale zadowolona. Widocznie te endorfiny to nie jest mit. ;) Bardzo Wam dziękuję za wszystkie rady i wskazówki. One też działają jak najlepszy motywator. :)

        • Bo – w kupie raźniej!! Niby fajna jest każda minutka i kilometr ale jeszcze fajniej jest, gdy można tę radość z kimś dzielić. Z synem w trakcie biegu / marszu, a z nami – na odległość :D

  • wow! gratulacje :) moje bieganie to jeszcze takie amatorskie, ale kto wie, może kiedyś spotkamy się na łódzkim maratonie :D

    • Na maratonie to pewnie długo nie… Nie wiem czy kiedykolwiek podejmę się takiego wyzwania :) Ale na piątkach i dyszkach jak najbardziej! ParkRun, City Trail, Bieg Piotrkowską, Bieg Fabrykanta – jak tylko gdzieś tam będziesz planowała to dawaj znaki sygnały! W kupie raźniej :D

  • Podziwiam Twój zapał i organizację :) Rozbijesz półmaraton w proch i pył :D teraz jest pytanie tylko o czas. Gratuluję, motywujesz mnie też do treningów :) Choć ja się z kilometrami oszczędzam, mój achilles jest mi za to bardzo wdzięczny ;)

    • Ponieważ jest to mój pierwszy w życiu półmaraton, ważniejsze jest dla mnie samo pokonanie dystansu a nie osiągnięcie jakiegoś ambitnego celu czasowego – chciałabym zmieścić się w czasie zakładanym przez plan treningowy, czyli 2:15, ale już wiem, że nie będzie to tak ot, pstryk :) Daję sobie margines do 2:30 i będę bardzo szczęśliwa. Gorzej z moimi znajomymi, którzy skończą bieg 30-45 minut przede mną i będą się nudzić na mecie, hihihi :) A co do Twojego Achillesa – pamiętasz, że nie wolno go wychłodzić? Podobno baardzo nie lubi zimna…

      • Dobrze jest mieć założenia, będę mocno trzymał kciuki. Pierwsza połówka jest też do cieszenia się samym biegiem, tym, że się meta zbliża :) Potem można marzyć o jej biciu- byle nie zbyt mocno, bo szkoda tak śrubować poziom zbyt mocno :D
        A towarzystwo? Niech sie nie nudzi na mecie tylko niech dopinguje mocno innych i Ciebie, rzecz jasna. Mój achilles, cóż, humorzasty jest. Ćwiczę go, masuję, a on niewdzięcznik dalej miewa humory…

        • Ja póki co jestem na etapie cieszenia się z samego gonienia króliczka – wstępnie mam na myśli drugi półmaraton, ale nie po to, żeby bić życiówki, tylko żeby pobiec w fajnym miejscu (Łowiczu) a jak się uda o minutkę czas poprawić to będzie fajnie.
          Masz rację – towarzystwo niech dopinguje – to może być równie fajne co sam bieg!
          A z tym achillesem to może… do fizjoterapeuty? Szkoda tak się z nim przepychać..

  • Szacunek Yvette! Tyle biegać i to mimo pogody i rano?!! No way! Powiedz mi skąd masz taki plan treningowy? przyznam ze to o czym piszesz to dla mnie czarna magia :) A co do City Trail mam znajomą która biega w nich, właściwie ona we wszystkim co się da biega a pomiędzy biegami gotuje..brzmi jakoś znajomo ;)