Cel – Półmaraton – Tydzień 6.

wpis w: Bieganie, Trening | 4

Nie pisałam na bieżąco tego, co się działo w szóstym tygodniu, stąd duże opóźnienie w publikacji posta :) W tym tygodniu robiłam jeszcze raz to samo co w poprzednim, za wyjątkiem weekendu – musiałam zmodyfikować plan na korzyść walentynkowego biegu w City Trail.

Poniedziałek. Zmęczenie po-weekendowe daje o sobie znać. Cały czas delikatnie boli mnie ten uparty mięsień. Zastanawiałam się długo co z tym zrobić, z moich rozmyślań wynikały dwa rozwiązania. Pierwsze – odpuścić bieganie i poczekać, aż samo przejdzie. Drugie – fizjoterapeuta. Ale na to drugie niespecjalnie mam czas, wizyta może być nie wiadomo kiedy a poza tym – do kogo się udać??? Poszperałam jeszcze raz po stronach dla biegaczy i podjęłam decyzję – spróbować czegoś, co mogę zrobić sama w domu. Masaży. Ale ani sama sobie nie zrobię ani mój mąż, bo się na tym kompletnie nie znamy – potrzebne jest urządzenie zwane rollerem. Zamówiłam toto na allegro, a czekając na przesyłkę masuję czworogłowego potwora piłeczką tenisową.

Wtorek. Noga boli jakby mniej, idę biegać. W planie 45′ bieg, 10x rytmy 30″/60″, 15’bieg do domu. Och, jak ciężko, jakby cały czas pod górę… Jak parowóz… Gdzieś głęboko w mięśniach czuję ten szalony niedzielny bieg… Nie poddaję się, słucham pana Jarocińskiego czytającego „Ziarno Prawdy”, biegnę powoli, ale cały czas. Bardzo przyjemnym urozmaiceniem tego treningu było poznanie kolejnego biegacza, którego spotykam – tym razem biegliśmy w jednym kierunku i ostatnie dwa kilometry przebiegliśmy razem rozmawiając. O bieganiu oczywiście W planie treningowym mam napisane, że tyle a tyle mam biec tempem „konwersacyjnym” czyli takim, przy którym mogę rozmawiać pełnymi zdaniami i teraz dzięki temu biegaczowi już wiem, że jest to tempo w okolicach 6:40-7:00min/km :)

2016_02_16

Środa. Pada… Kurier przyniósł mi roller :) Na fali związanych z tym zakupem przyjemnych emocji zamówiłam sobie jeszcze w decathlonie różowe skarpetki – pasujące do sznurówek ;) Do tej pory biegałam w skarpetkach z lidla i do tej pory było mi to zupełnie obojętne w czym biegam, ale im więcej kilometrów zaczynam pokonywać na raz, tym bardziej zaczęło być istotne, żeby mieć coś milszego w dotyku na stopach, lepiej dopasowanego do ciała. Poza tym lidlowe skarpetki są nieco już za grube na te temperatury. No i wiecie – nigdy dość nowych fajnych rzeczy :p

page2

Jak się używa rolki? Na ten temat jest cała masa informacji w internecie (hasło „roller”), z mojego krótkiego doświadczenia wynika, że jest to prostsze niż się wydaje, a efekty są znakomite. Znalazłam też zabawny obrazek na ten temat u Celeste Barber:

Czwartek. 20′ bieg OWB1, 5x na zmianę po kilometrze w tempie 6:15/7:15, 10′ trucht. Zmieniłam trasę – w ramach urozmaicenia, postanowiłam pobiec inną drogą, co okazało się złym pomysłem. Bardzo złym pomysłem… Trasa wiodła wzdłuż bardzo ruchliwej, trzypasmowej ulicy, hałas przeokropny, spaliny duszące. I do tego pod górkę. Umęczyłam się jak diabli, ale znów pokonałam wszystkie głosy, które mówiły mi „idź do domu”. Wynik słaby, satysfakcja – ogromna. Bezcenna. Po bieganiu klasyczne rozciąganie i nowość – rolowanie. Rewelacja! Czekam na efekty :)

2016_02_18

Piątek. Zmęczenie nie odpuszcza, boli mnie głowa, chce mi się spać. Pada… Noga prawie nie boli! Przyszły skarpetki. Cudooowne :D

Sobota. Taka jak sobie wymarzyłam. Zima wróciła! Zrobiłam tak zwane „długie, spokojne wybieganie”, ani mi się nie chciało szybciej, ani nie miałam siły. Tak było mi dobrze, fajna zimowa sceneria, kryminał na uszach. Bardzo przyjemny początek soboty! Zdjęcie trochę podrasowane, ale tak właśnie odebrałam ten widok. Magia zimy i śniegu…

2016-02-20-03

Niedziela. Rany, czy ten tydzień się nie skończy? Na ten dzień na szczęście w planie krótkie bieganie, takie samo jak w poprzednią sobotę. Niestety po śniegu i zimie, nie został nawet ślad… Noga nie boli już wcale, ale zrobiłam trening bez szarży, dostałam już chyba wystarczającą nauczkę ;)

Gdy wróciłam do domu, moi chłopcy dopiero się wynurzali spod ciepłych kołder, zrobiłam zatem pyszne, niedzielne śniadanie – omlety bananowe i koktajl owocowy (pomarańcza, gruszka, pomelo)

IMG_20160221_105631

Podsumowanie tygodnia. Był ciężki, chyba najcięższy ze wszystkich. Złożyło się na to kilka czynników – pierwszym był ogromny wysiłek, jaki włożyłam w przebiegnięcie 5km w City Trailu z dobrym czasem, moim najlepszym. Owszem, naprawdę ogromnie mnie ucieszyło to, że złamałam 30 minut, ale zastanawiam się czy było warto robić to właśnie teraz? Chyba nie, niepotrzebnie straciłam mnóstwo energii. Drugą rzeczą jest to, że w tym tygodniu pracowałam w innym systemie – od wielu lat pracuję dzień na dzień, treningi mam w dni wolne i zawsze po bieganiu mam czas na odpoczynek. W tym tygodniu pracowałam codziennie, czyli zaraz po treningu był szybki prysznic, szybkie jedzenie i do pracy. A trzecia rzecz to to, że były cztery treningi, bardzo długie – w sumie przebiegłam 44km, o 5 więcej niż w poprzednim. No i kolejna sprawa to taka, że przecież organizm po prostu nie może cały czas pracować na najwyższych obrotach – skoro w poprzednim tygodniu zrobiłam trzy życiówki (na godzinę, na 5 i 10km) to nie ma mocnych, żebym w tygodniu tego nie odczuła. I już :)

Podobał Ci się ten wpis? Napisz mi o tym, będzie mi przyjemniej pisać kolejny! 

Pozdrawiam cieplutko :)

  • Bardzo lubię czytać te Twoje tygodniowe podsumowania. Choć czasami czytam z opóźnieniem możesz być pewna, że zajrzę. :-) Kiedy patrzę na ten roller, mam skojarzenie z wałkiem do ciasta. A wałkiem nie można? :-D Gdy pisałaś o tym, że ciężko, że po górę, że jak parowóz, to jakby o mnie, kiedy próbuję biegać. Bo troszeczkę próbuję, naprawdę troszeczkę, bo głównie jednak maszeruję. :-D Lada dzień napiszę o tym w swoim podsumowaniu. W następnym tygodniu zaczynam powoli już wprowadzać bieganie. Zobaczymy. Nie jest łatwo, ale się nie poddam. :-D I masz rację, organizm nie może cały czas pracować na wysokich obrotach. Dobrze, że o tym pamiętasz. :-) Trzymam kciuki za dalsze przygotowania. Buziaki. :-*

    • Eeee, ten tego… Jakby Ci to… No dobra. Prosto z mostu. Próbowałam wałkiem do ciasta. Byłam tak zdesperowana, że naprawdę próbowałam i piłeczki do tenisa, i wałka. Ale różnica polega na tym, że na tych dużych wałkach kładziesz się i naciskasz masą własnego ciała. Rękami nijak nie miałam siły tak mocno „zgnieść” tych bolących mięśni. A nogi z tyłu to już nijak nie szło wywałkować :)

      Nie jest łatwo, ale te trudności to naprawdę w większości wytwór naszej wyobraźni, myśli, które puchną. A nasze ciała potrzebują ruchu, pragną go, tylko mięśnie dzięki naszemu stylowi życia zapominają jak to się robi i my naszą siłą woli musimy ten opór, to zesztywnienie przewalczać. Bo pewnie, że jest fajnie poleżeć na kanapie z książką. Ale satysfakcja z tego, że jednak się wstało z tej kanapy i poszło na dwór pomimo mgły, mrozu, bólu głowy jest nieporównywalnie większa :D

      • Haha, genialna jesteś z tym wałkiem i pileczką. :-D Mięśnie nie ciasto, wywalkować się nie dadzą. :-D Pięknie napisałaś o tym jak to jest z naszymi ciałami. Będę do tych słów wracać. O tak, satysfakcja jest ogromna. I mimo, że wiemy, że będzie po każdym wyjściu, to jednak czasami wyjść się nie chce. Tak to już jest z nami ludzikami. ;-)

        • No bo jednak leżenie przyjemne jest i ludzik wewnętrzny się broni jak może!