Cel – Półmaraton. Tydzień 5.

wpis w: #12niecodziennych, Bieganie, Trening | 14

Kolejny tydzień zaczynam dobrą wiadomością. Ponieważ przygotowanie do zawodów to nie tylko wydeptane kolejne kilometry, bieganie ma się też w głowie, postanowiłam jeszcze raz przeczytać to i owo, żeby uspokoić swoje emocje i lęki. I znalazłam adresowane do mnie trzy ważne wiadomości.

Po pierwsze – w poprzednim poście jest błąd – nie wiem skąd ja wzięłam informację, że limit czasowy to 2,5h!

regulamin-2

Juhuu! W takim tempie to ja nawet przejdę ten półmaraton!

Po drugie. Sprawdziłam wyniki półmaratonu warszawskiego z 2015 roku i okazuje się, że mój planowany czas (2:15) będzie bardzo dobrym czasem. Biegnie tam tyle ludzi w różnych przedziałach czasowych, że na pewno nie będę ostatnia!

Po trzecie i chyba najważniejsze. Jeszcze raz przeczytałam opis planu treningowego, z którego korzystam. I co widzę?

Plan_opis

Eee, ten tego… to do mnie?! Widzi mnie??!! To ja do postanowienia o tym, że będę jeść mniej słodyczy dorzucam solenną obietnicę, że będę się trzymać planu, nie będę się starała biec szybciej od koleżanki X czy kolegi Y… To nie działa, o czym dobitnie świadczy mniejszy lub większy ból mojej prawej nogi.

Wtorek. 45 minut biegu w tempie konwersacyjnym, potem rytmy – 30 sekund szybko (na 80-85% możliwości), minuta wolno. I potem kwadrans do domu. Znalazłam sobie w swoich treningach taki, który biegłam 1:15 i postanowiłam powtórzyć trasę, już mi się trochę nie chce obliczać odległości i wymyślać nowych. Jak już znalazłam to pobiegłam. Nogi miałam jak z ołowiu po poprzednim ciężkim dniu w pracy. W głowie mi huczało, żeby dać sobie z tym spokój, bo to bez sensu. I znowu pod wiatr, znowu pod górkę, te wiadukty mnie wykończą… Ale biegnę i myślę, że przecież w tej Warszawie też nie będzie płasko. Też może wiać. Albo wiać i lać. Biegnę dalej.

2016_02_09

Zrobiłam to, co miałam do zrobienia, rytmy też, choć byłam przekonana, że nie dam rady. Wróciłam do domu z kolejnym dołującym przekonaniem, że ten pierwotny trening, na którym wzorowałam dzisiejszą trasę, zrobiłam lepiej, że miałam lepszy czas i tak dalej. I co? Po sprawdzeniu w domu okazało się to kolejną bzdurą. Przebiegłam kilometr więcej w tym samym czasie. Następny dowód na to, że lepiej żebym nie myślała za dużo, nie kombinowała, tylko zaufała planowi i po prostu biegła.

W domu zrobiłam sobie pyszny koktajl bananowy z płatkami orkiszowymi, przegryzłam batonikiem i co? Poczułam się tak fantastycznie, że natychmiast zapomniałam o ciężkich nogach, że było pod górkę, że wiatr w twarz… Banan w szklance, banan w batoniku – banan na gębie :D

Środa. Cały dzień deszcz leje niemiłosiernie, pod koniec dnia dołączył się śnieg. Patrzyłam przez okno i na przemian denerwowałam się, że być może nie będę mogła pójść rano pobiegać, i cieszyłam się, że będzie wolne, wyśpię się, odpocznę… Obmyślałam plan awaryjny – może Killer Chodakowskiej, a może na basen? To by było fajne w sumie!

Czwartek. Nie pada! W planie około 15km. Najpierw bieg w tempie konwersacyjnym (20 minut) potem na zmianę kilometr 6:15 / kilometr 7:15, 5 powtórzeń i do domu truchtem (10 minut). Pierwsze trzy kilometry tradycyjnie już chyba ciężko, powoli. Spotkała mnie jednak miła niespodzianka technologiczna, coś mi się ponaciskało w telefonie i włączyła się muzyka – album, którego daawno nie słuchałam. Same starocie, niektóre chyba jeszcze sprzed 20 lat. Postanowiłam nie wyłączać, bo w sumie 15 kilometrów to dużo i może mi się zacząć nudzić. Zaczęło być fajnie jak mogłam troszkę przyspieszyć, trzymałam tempo zgodnie z obietnicą w miarę dobrze, aż do 10. kilometra. W słuchawkach zagrał mi „Rower” Lecha Janerki, no i poszłooo… kilometr poniżej 6 minut. Jak na skrzydłach.

Zemsta jednak przyszła szybko, ostra kolka w prawym boku. No cóż. Masz ciało coś chciało, jak mawiała moja Babcia… Konsekwencja nietrzymania tempa…

W sumie – przebiegłam 15,43km i zrobiłam dwa rekordy, tadam :D Znowu mam banana na pysku :D

2016_02_11

Cyfry mówią same za siebie – jest postęp. Powoli, ale jest! Hura! No ale – trening bez nagrody się nie liczy, proszę bardzo – numerek startowy:

numer_startowy

Sobota. Sobota jest fantastycznym dniem już z założenia. Chociaż zazwyczaj mam wtedy roboty po dziurki w nosie, to lubię ją i już. Dzisiaj było wyjątkowo, bo zamieniłam treningi – dziś zrobiłam to co miałam robić jutro. Najpierw 20 minut bieg, potem 6x szybko 20″, wolno 40″ i do domu 13 minut. W sumie 39′ – strasznie jakoś wydało mi się to mało, przyzwyczaiłam się już do tych długaśnych wybiegań. No i przetestowałam na sobie coś nowego, coś co zaliczam do #12niecodziennych rzeczy (numer 8). Jakiś czas temu zaintrygowałam się tym, co robi Tomek z bloga Bookworm on the Run, czyli biega z audiobookiem. Niestety żadnego nie miałam, a wczoraj zdarzyła się miła rzecz – dostałam darmowego audiobooka od InPostu. Miałam trzy do wyboru, wybrałam „Ziarno Prawdy” Miłoszewskiego. No i dzisiaj pobiegłam z kryminałem na uszach. Bardzo interesujące doświadczenie. Ponieważ generalnie nie lubię słuchać jak ktoś czyta, nie umiem się na tym skoncentrować, podejrzewałam, że będzie ciężko. I było. Tak bardzo już przyzwyczaiłam się do wewnętrznego dialogu z samą sobą, że co kilka zdań moje myśli samoistnie zaczynały odjeżdżać na zupełnie inne tory. Siłą woli musiałam znów koncentrować się na głosie pana Jarocińskiego i za chwilę znów to samo. Myślę, że to też kwestia wprawy – zostało mi jeszcze 12,5h tego treningu :D

Niedziela. Biegnąc w sobotę, biegłam spokojnie, według planu, nie przeciążając się zbytnio. Mając w myśli, że następnego dnia biegnę 5km w biegu City Trail, moim czwartym. Miałam zamiar poprawić swój ostatni wynik z tego biegu, czyli 31:06. Wystarczyłoby mi 30:59. Całe popołudnie wizualizowałam sobie ten bieg, podbiegi, zakręty, planowałam rozkład sił – na początku delikatnie, potem przyspieszyć, tuż przed metą sprint. O godzinie 11:00 wystartowaliśmy i co? Jak zwykle, wyrwałam jak rakieta. Na szczęście już mi się trochę kondycja i świadomość poprawiła, pomimo braku komendanta w uchu wiedziałam, że przeginam i lekko zwolniłam. Biegłam tak, żeby nie stracić sił, ale cały czas czuć, że biegnę szybko. Niedaleko przed metą dogoniłam kolegę, około 150 metrów przed metą zrównaliśmy się i na tym ostatnim kawałku zrobiliśmy sobie wyścig. Prędkość – do oporu! A myślałam wcześniej, że już nie mam siły… Dzięki tym ostatnim metrom na pełnym gazie mam wynik poniżej 29 minut – 28:59! Dodam, że moim biegowym celem numer jeden sprzed kilku miesięcy, było przebiec 5 km w czasie poniżej 30 minut. Dzisiaj się to udało a nawet więcej, bo poniżej 29 minut (o sekundę, ale co tam :). To naprawdę niesamowite uczucie widzieć u siebie takie postępy.

CT_5_02_a

Podsumowanie – niech żyje plan treningowy!

Pozdrawiam i życzę miłego kolejnego tygodnia :D

  • No i genialnie. To jest święta prawda z tym wolniejszym bieganiem, sam jestem ofiarą prób coraz szybszego biegania i bicia rekordów. Bez sensu. Mądrzy ludzie piszą, że 80% wybiegań ma być wolniejszych a 20% to rytmy i trening pod szybkość. Zwolniłem i nagle poczułem, że mogę biec i biec… Ach z tymi audiobookami to Tomek pisał u mnie na blogu – ja wciąż jeszcze nie doszedłem do wgrania sobie jakiś audiobooków :)
    Powodzenia w dalszych treningach.

    • Ewa

      Dzięki! Staram się jak mogę biegać wolno, ale współczesne człowieki są tak uwarunkowane, że cały czas muszą pędzić i pędzić, i się ścigać… Z tym audiobookiem to się faktycznie udałam, ale fakt jest faktem – słuchałam dzisiaj drugi raz i jest coraz lepiej! Mogę Ci w ramach rozbiegu audiobookowego „pożyczyć” ten jeden, który posiadam :D

  • kasia

    podziw podziw , pokłon Ewa!!

    • Ewa

      Kasia, daj spokój z tym podziwianiem, Ty chodź pobiegać :)

  • O! W 3 godz.30 min.to nawet ja bym dała radę na obecnym etapie mojego bycia biegaczem. :D No dobra żartowałam, to poważna odległość jest. :D Ale Ty doskonale sobie radzisz i świetnie Ci idzie. Normalnie zazdrość aż mnie bierze, ale ją przepędzam i na jej miejsce wpuszczam dumę. No i dumna jestem z Ciebie i się inspiruję i kibicuję Ci bardzo mocno. A może uda mi się kibicować w realu, podczas półmaratonu, w końcu do Warszawy mam rzut beretem. Zobaczymy. :) To mówisz, że planu trzeba trzymać, zapamiętam. :) Gratuluję Ci z całego serca i życzę powodzenia. :) Buziaki. :*

    • Ewa

      Jejuuu! Ale by było fajnie, jakbyś przyjechała! Ja już teraz mam motylki w brzuchu jak myślę o tej imprezie, a co dopiero jakbym miała „własną” ekipę kibiców – choćby trzech (mąż, syn i Ty) :D Planu się trzymaj cały czas, co do kropki :)

  • Masz dokładnie rozplanowaną drogę do celu, podoba mi się. Moja przyjaciółka również chce przebiec półmaraton (w Poznaniu) i mam nadzieję, że i jej, i Tobie się to uda :)

    • Witaj :) Dla mnie jest to tak niewyobrażalne wyzwanie, że nie wiem jak inaczej mogłabym to osiągnąć niż poprzez dokładne zaplanowanie tego, krok po kroku, tydzień po tygodniu. Jak myślę o samym półmaratonie to mam dreszcze na plecach ze strachu póki co, a jak myślę tylko o dzień – dwa do przodu, planuję wybiegania, trasy – jest w porządku, robię kolejny trening i mam więcej spokoju :) A Twoja przyjaciółka też przygotowuje się z jakimś planem?

      • Teoretycznie, z tego co wiem, to ma jakiś plan, ale zaczęła go później (o dwa, czy trzy tygodnie później). Ja się zastanawiam, czy jak planujesz przebiec półmaraton, to musisz w trakcie swojego treningu przebiec ten dystans, czy dopiero przebiegasz cały dystans w dniu półmaratonu?

        • Ewa

          Ja robię plan, który zakłada przebiegnięcie dystansu półmaratonu w czasie 2:15 a najdłuższy trening w planie to 2 godziny, więc powinnam w tym czasie przebiec około 18 kilometrów. Z mojego doświadczenia wynika, że bieganie w grupie, na zawodach jest zupełnie inne, dołącza się adrenalina i można przebiec więcej, szybciej, niż przy samotnych osiedlowych wybieganiach :D

  • Gratuluję, pracowita z Ciebie kobitka i do tego jaka ładna;) A figura? Marzę o takiej;)

    • Dziękuję Ci z całego serca za takie miłe słowo! Wiesz, że dopiero teraz, dzięki bieganiu, zaczynam trochę inaczej patrzeć na siebie i na swoją figurę… Wcześniej kiepsko u mnie było z samooceną ;) Ściskam mocno i życzę dobrego piątku! :***

  • Podziwiam wszystkich biegaczy :) Coraz bardziej zaczynam się przekonywać do ruchu, chociaż może niekoniecznie do biegania, bo mam problemy ze stawami. Jak widzę Twoje zdjęcie takiej uśmiechniętej i zadowolonej, to też tak chcę. Fizyczne zmęczenie pomaga być bardziej kreatywnym, więc muszę się głęboko zastanowić jaki rodzaj sportu wybrać dla siebie :)

    • A uwierzysz jak Ci powiem, że kolana to moja życiowa zmora? Wiecznie mnie bolały. Na początku biegania też, ale zrobiłam dwie rzeczy – po pierwsze kupiłam porządne buty (pierwsze miałam jakieś byle jakie z lidla) a po drugie zwolniłam i zmniejszyłam dystanse jak bolało. Nic na siłę. Zaczęłam wzmacniać mięśnie otaczające kolano i udało się! Teraz biegam kilkadziesiąt kilometrów tygodniowo i różne elementy nóg – mięśnie, ścięgna – mnie bolą, ale kolana wcale. Ale tak jak już kiedyś chyba pisałam – tę przygodę zaczyna się od marszu, od wzmocnienia, od biegania minutę a dopiero potem więcej. Ciało, stawy się wzmacniają i jest fajnie :D