Cel – Półmaraton. Tydzień 4.

wpis w: Bieganie, Trening | 4

Czwarty tydzień minął – nawet nie wiem kiedy… Całą niedzielę i poniedziałek obserwowałam swoją prawą nogę, ból powoli ustępował. Ale bardzo, podkreślę bardzo, liczyłam na to, że we wtorek będzie lać. Najlepiej śnieg z deszczem. I grad. Żebym nie musiała wychodzić z domu… Niestety na pogodę nie można liczyć, ech… Wyszłam o wiele później niż zwykle (bo może jednak zacznie padać?), pierwszy kilometr przetruchtałam lekko utykając, ale ból mijał w miarę rozgrzewania się mięśni. Był on jednak dla mnie doskonałym batem, żeby nie biec szybciej, żeby trzymać się planu! Pierwsze 30 minut wolniutko, potem 8x na zmianę szybko przez minutę, trucht przez dwie. Nie biegłam tak szybko jakbym chciała, ale naprawdę nie mogłam, nie miałam siły, tętno leciało w górę, traciłam oddech. Nadszedł też ten wyczekiwany rano deszcz – na piątym kilometrze, lodowaty. Wracając do domu kolejny raz spotkałam na trasie tę samą dziewczynę – widziałyśmy się też 15 minut wcześniej a tym razem postanowiłam ją zaczepić i pogadać. No bo jak to tak, tylko „cześć” i już? Pogadałyśmy, dowiedziałam się na przykład gdzie jest fajny odśnieżony placyk do biegania w czasie gdy wszędzie są zwały śniegu, a przy okazji pogaduszek odpoczęłam. Normalnie nigdy się nie zatrzymuję podczas treningu, ale tym razem musiałam. Te 5 czy 7 minut naprawdę mnie nie zbawi.

Czwartek. Noga nadal mnie boli. Nie jakoś bardzo, ale przestałam ją czuć dopiero chyba po piątym kilometrze. Pierwsza część biegu była dla mnie bardzo trudna – miałam biec pół godziny w tempie około 7:15. Oznacza to, że przez pół godziny (4km) musiałam się powstrzymywać przed tym, czego się cały czas uczę – przed wydłużaniem kroku, zwiększaniem kadencji (ilości kroków na minutę). Okropna sprawa, zupełnie jakbym się szarpała na smyczy. Potem tą niewidzialną smycz mogłam trochę popuścić i pół godziny (5km) pobiec szybciej, ale co z tego, jak już byłam zmęczona… Do tego ten wiatr wiejący prosto w twarz, cztery podbiegi na wiadukty. Mało tego – trzy razy złapała mnie pieruńska kolka. Nie wspominam o miesiączce, bo to już niemal drobiazg przy tych wszystkich przeciwnościach… Ostatnie 15 minut to już było typowe „chłodzenie”, oby do domu.

czwartek_04_02

Po powrocie do domu obowiązkowa nagroda – ryżowe wafle w polewie z czekolady deserowej i koktajl z jarmużem. A po południu nagroda druga – złamałam swoje postanowienie, że pomimo Tłustego Czwartku pączków jeść nie będę i zjadłam kilka, ale takich robionych przeze mnie, bananowych (przepis tutaj: KLIK)

Piątek. W mojej głowie pojawiła się cichutka myśl, że skoro w w tym tygodniu w planie mam wolną niedzielę, to może przełożę sobotnie bieganie? A może… skoro mam dwa tygodnie rezerwy, to w ogóle sobie odpuszczę bieganie w weekend, odpocznę, noga mi się do końca zregeneruje? I jak tylko ta myśl mi się pojawiła to na plecach poczułam zimny, nieprzyjemny dreszcz. Jak to – tyle dni bez biegania?! To co ja będę robić rano?? Nie ma takiej opcji!!

Sobota. Dzięki temu, że zaspaliśmy (spałam pół godziny dłużej niż zwykle), świetnie się czułam wychodząc z domu. Plan na bieganie był mega prosty – zwykły bieg tempem konwersacyjnym 2×45 minut z przerwą 2 minuty (marsz). Pogoda – cudowna, nie padało, nie wiało, temperatura koło zera. Jak dla mnie – idealnie! Nie włączyłam „komendanta Dziuni” czyli endomondo, włączyłam sobie inną aplikację do przetestowania (movescount) i po prostu poszłam pobiegać. Bez muzyki, bez trenera, zegarek ustawiłam na 45 minut i naprzód. Nie biegłam tak szybko jak bym chciała, ale biegłam tak, żeby było mi przyjemnie i żeby starczyło mi siły na te półtorej godziny. Bo przecież oprócz biegania w określonym tempie, muszę się jeszcze nauczyć odpowiedniego wydatkowania energii, rozplanowania jej na cały trening.sobota

Bardzo dobrze mi się biegło tego dnia. Czas miałam raczej słaby, ale najważniejsze dla mnie jest to, że przebiegłam dystans 13,5km bez większego wysiłku. Niestety nie miałam w ten dzień pulsometru, więc nie mogę sprawdzić jak pracowało moje serce, ale po południu czułam się bardzo dobrze. Tym bardziej, że załapałam się na pyszny, dwudaniowy obiad podany pod nos – u teściów :) Żyć nie umierać!

Podsumowanie. Zaczynam się trochę denerwować tym startem, mam wrażenie, że nie zdążę się przygotować, że nie zmieszczę się w limicie 2,5h i będą mnie z trasy zbierać… Mam świadomość, że póki co są to obawy nieuzasadnione, bo w ciągu 4 tygodni podwoiłam (co najmniej) swoje możliwości jeżeli chodzi o dystans, a przede mną jeszcze 8 tygodni, ale po prostu coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak długi jest to bieg i ile trzeba włożyć energii w przygotowania a potem w sam bieg.

W tym tygodniu przebiegłam mniej, niż przewidywał plan – o pół kilometra (w sumie 34,5km). Myślę, że to w ten kiepski wtorek wybiegałam mniej niż powinnam. Wtedy nie dość, że biegło mi się źle, to jeszcze byłam bardzo z siebie niezadowolona – już na tyle wysoko podniosłam sobie poprzeczkę, że niecałe 10km wydaje mi się kiepskim dystansem! Musiałam przeprowadzić ze sobą kolejną poważną rozmowę na temat oczekiwań, wymagań i możliwości…

W ogóle już nie biegam na czczo, pilnuję tego, by zjeść przed bieganiem. Jest to albo pół banana + kostka czekolady kwadrans przed wyjściem albo kanapka z nutellą. Podczas biegu testuję różne „wspomagacze” – po około 45 minutach biegu zjadam na przykład 2 kostki czekolady (pod warunkiem, że ich nie upuszczę w błoto…), albo cukierki – galaretki z biedronki (wiem, że szajs, ale je lubię). Te ostatnie nie bardzo zdają egzamin, czuję je jeszcze długo w przełyku i w ustach strasznie jest słodko długo po zjedzeniu. Bardzo bym chciała uniknąć wspomagania się gotowymi, kupnymi żelami energetycznymi.

DSCF8366-wp-1200x861

Postanowienie na kolejny tydzień – jeść mniej kupnych słodyczy, typu ciastki, czekolada. Nie mam zamiaru się odchudzać, ale wydaje mi się, że troszkę zaczynam przesadzać… Bo wiecie – skoro tak dużo biegam, to mogę przecież więcej zjeść, a jeść to ja luubię. Niestety słodycze u nas zawsze jakieś są, bo mój mąż też bardzo lubi słodycze a teściowa też nam podrzuca, a to czekoladę (np. tę ze zdjęcia) a to krówki… Ale zaczyna się coś w tym temacie zmieniać nie tylko u mnie – mężowska deklaracja do poczytania tutaj: KLIK. Do tej pory to ja wszystkich zamęczałam, że to niezdrowe, a tam to sam cukier, a tu syrop glukozowo – fruktozowy. Liczę na wspólnika :)