Cel – Półmaraton – Ostatni Tydzień

wpis w: Bieganie, Trening | 13

Ostatni tydzień, będzie zupełnie inny niż poprzednie… I w dodatku zaczął się we wtorek, bo Lany Poniedziałek to tak jakby niedziela :)

Wtorek. Zła trochę byłam na siebie, bo po przeczytaniu wpisu mgr inż. Anioła o jego przedostatnim tygodniu przygotowań do maratonu w Paryżu, a w szczególności zdanie dotyczące diety ostatniego tygodnia:

Posiłki będą oparte na kaszach, makaronie z pełnego ziarna oraz ciemnym pieczywie.

postanowiłam, że też się trochę jedzeniowo ogarnę. Mhm… Ale jak tu się oprzeć pięciu rodzajom serniczka… Udało mi się oprzeć tylko wersji kokosowej, bo nie lubię kokosów. Ech… Jak to jest, że jestem w stanie utrzymać żelazną dyscyplinę w temacie biegania, ale kompletnie się rozsypuję jak się pojawia na horyzoncie jakieś fajne żarcie? Nie mam pojęcia. Ale będę się zastanawiać nad tym kiedy indziej. Wtorkowy trening zakładał 30′ biegu w pierwszym zakresie, potem ZB 6x 1’/2′ (tempo około 5:40 min/km i odpoczynek), na koniec 15′ znów bieg w pierwszym zakresie. Pogoda – cudowna. Pierwszy raz biegałam w krótkim rękawku. Nastrój – niechęć do wyjścia podszyta wyrzutami sumienia. Efekt końcowy? Życiówka na 10 km i godzinę. Wynik na 10km poprawiony o minutę i siedem sekund. Taka sytuacja… :D Nie to, że jakoś specjalnie goniłam za tą życiówką, ale wybrałam trasę, która prowadziła tylko po płaskim, żadnego wiaduktu – żadnego zbiegu, podbiegu i schodów, na których tracę mnóstwo czasu i energii.

2016-03-29-01

Oczywiście nagroda jest konieczna po takim ładnym biegu – dziś są nawet dwie. Najpierw mój ulubiony koktajl bananowo jogurtowy z płatkami orkiszowymi i winogrono a potem – zakup zestawu na Pasta Party :)

IMG_20160329_113208728

Print

Wtorek wieczorem. Dopadł mnie ból nogi. Inny niż wszystkie do tej pory. Ból, który mnie naprawdę przestraszył. Nie kostki, nie uda. Kolana. A właściwie gdzieś w środku pod kolanem, gdzieś przy samej kości piszczelowej, od wewnętrznej strony.  Chce mi się płakać… Na ten tydzień mam całkiem inny plan – bieganie zamiast wtorek – czwartek – sobota wypada wtorek – środa – piątek. Środa – czyli jutro. Nie ma czasu na żadną regenerację czy obserwację. Pomyślę rano co dalej…

Środa rano. Ból koszmarny. W nocy mnie budził, ledwo chodzę. Pada deszcz, wracam do łóżka. Dolina… Do pracy zabieram elastyczną opaskę na kolano, żele chłodzące, altacet, voltaren. W pracy grzeszę – w pierwszej kolejności szukam w internecie wszelakich schematów anatomicznych, żeby nazwać to, co mnie boli. No bo już wiem, że to nie kolano samo w sobie. Po przeanalizowaniu różnych schematów i zdjęć z zabiegów ortopedycznych znalazłam – to gęsia stopka. Ponoć rzadko się zdarza i oczywiście musiała przydarzyć się właśnie mnie. I właśnie teraz. Jest to niestety prawdopodobnie kolejny efekt uboczny tych poprzednich złych butów (neutralnych), ponieważ jedną z przyczyn występowania tego schorzenia (unikam słowa kontuzja…) jest nadmierna pronacja, którą własnie przecież mam i to właśnie w lewej stopie. Plus przeciążenia treningowe – też się pod tym mogę podpisać – wczorajszy trening nie był jedynym mocnym w ciągu ostatnich trzech miesięcy… A też przypominam sobie, że zdarzało mi się lekkie kłucie w tym miejscu podczas biegania. Nie zawsze i było to na tyle słabe, że nie zwróciło jakiejś mojej większej uwagi. Do wczoraj. I pomyśleć, że kładąc się spać w poniedziałek wieczorem miałam napad lęku, że we wtorek sobie skręcę kostkę na jakimś krawężniku… I tak ostrożnie biegłam, żeby tylko nie wpaść w żadną dziurę… Ostrożnie – ale może też spięta przy okazji? Ok, wystarczy tych rozważań. Wystarczy, że boli…

Środa wieczorem. Bardzo nie lubię zawracać ludziom gitary wieczorami, ale sytuacja wydała mi się podbramkowa na tyle, że poprosiłam o pomoc koleżankę, żeby okleiła mi tę nogę plastrami fiozjoterapeutycznymi. Wróciłam do domu i dodatkowo zaaplikowałam sobie tabletkę diklofenaku. I nadal żel chłodzący. I do łóżka.

plastry

Czwartek. Przespałam całą noc bez bolesnych pobudek, noga boli mniej, biegać mi się chce… Chcę, ale rozum wygrywa. Wstawiam pranie, ogarniam chałupę, pakuję torbę na niedzielę. Przynajmniej w piątek wieczorem już nie będę nerwowo latać i szukać wszystkich niezbędnych gadżetów, w stylu pasek do numeru startowego czy chusteczki higieniczne. Zegarek podłączyłam do ładowania. Ale najtrudniejsze w tym wszystkim okazuje się powstrzymywanie od jedzenia. No bo nie dość, że dopiero co święta minęły, na wadze +1kg (te serniczki, wrrr) to jeszcze nie mam kiedy już tej energii spalić! A przyzwyczaiłam się już, że mogę jeść więcej i nie ma z tego powodu żadnych konsekwencji – wręcz przeciwnie, jeszcze chudłam. Uruchamiam zestaw ratunkowy – woda z cytryną, bułeczka grahamka, spacer na rynek, na obiad pierś z kurczaka i sałata… Ale i tak jest trudno powstrzymać się przed czekoladką kinder… A tam – jedna nie zaszkodzi – w końcu zjadłam chudy obiad!!

DSCF8596

I wiecie co? Jakoś mnie dziś nie śmieszy ten dowcip, z którego zaśmiewałam się miesiąc temu:

kontuzja

No i na koniec jeszcze trochę cyferek. Miałam ambitny plan, żeby mieć w marcu 200 kilometrów na liczniku – wybieganych, wychodzonych i przepłyniętych, ale jak to często bywa – życie pokazuje, że więcej pokory mi trzeba. Nie ma co się tak napinać, te 6 brakujących kilometrów nic nie zmieni.

statystyki_marzec

Podczas realizacji planu treningowego „półmaraton w 10 tygodni„, który przedłużyłam o dwa tygodnie, przebiegłam w sumie 461,61 kilometrów. To mniej więcej tyle co z Łodzi do Ustki – tylko czas inny. Może kiedyś policzę ile mi to zajęło godzin…

 odlegloscWiem już na sto procent, że nigdy, przenigdy nie porwę się na żaden maraton, choć niektórzy moi znajomi mi to wróżą, bo podobno: „jak się przebiegnie półmaraton, to już człowieka nie zadowala jakaś tam dyszka”. Oj, mnie chyba zadowoli. Niniejszym wywalam do śmieci plan treningowy na 10km w 50 minut, który już wydrukowałam i miałam realizować zaraz po tym, jak odpocznę po niedzieli. Odpuszczam.

No i na zakończenie tego przydługawego posta (mało biegam = więcej piszę?), serdecznie Was zapraszam na niedzielne kibicowanie :)

zaproszenie

Piątek. Podjęłam decyzję. Nie biegnę. Co ja się mam denerwować? Pokibicuję sobie tylko… Nogę przyoszczędzę…

PRIMA APRILIS ;)

Wszystko poza tym ostatnim zdaniem jest prawdą. Ściskam Was wszystkich mocno, Basię mocno przepraszam, bo się serio przejęła  – proszę trzymać kciuki, żebym się zmieściła w tych moich pierwotnych 2:30 (zaraz wyjdzie, kto śledził moje przygotowania od samego początku i wie o co chodzi, hihi)

Dobranoc!

  • Przykro mi Kochana bardzo. Ale wiesz, spójrz na to co osiagnęłaś, dla mnie to mistrzostwo, te kilometry które przebiegłaś. Dla mnie jesteś WIELKA! To miał być pierwszy połmaraton w Twoim życiu, ale przecież nie ostatni. Nic na siłę, nie można to nie można, trzeba teraz zadbać o to kolano. Odpuszczasz, bo tak trzeba. Bo jesteś rozsądna. Wiem, że to Cię mało pocieszy, mi też jest przykro, naprawdę. Ściskam Cię mocno. :-*:-*:-* I tak jestem z Ciebie dumna. :-*

  • Dobra, dobra, ja tam dalej trzymam kciuki… :P

    • No patrz, a ja się dałam wkręcić. Plus jest taki, że mnie teraz muszą przekupić Artura golonką. :-D Bo nie będę kciuków trzymać. :-P

      • Golonką, kawą i muffinkami! Dużo mnie kosztuje ten żart, hihi! A do tego jeszcze trzeba przecież dodać wyrzuty sumienia względem Ciebie Basiu! :*

        • Czyli mam darmowy obiad z deserem jak będę w Łodzi. :-D Przyznaję, że dawno mnie tak nikt nie wkrecił. :-D Możesz się pozbyć wyrzutów sumienia, biorę wkręt na klatę. Życie trzeba brać z humorem. :-) Tak naprawdę to się cieszę, że jednak biegniesz i oczywiście bardzo mocno będę trzymać kciuki. Jeden za mgr inż.Anioła i za jego Paryż, drugi za Ciebie i Twoją Warszawę. To jednak będzie emocjonująca niedziela. :-D

          • Oj była… Jutro postaram się wysmarować post, póki jeszcze pamiętam co nieco :)

          • Super! Czekam niecierpliwie. :-) Brawo Ty! :-*

    • Ej, nooo, czemu się nie dałeś nabrać…

      Sprostowanie już zamieściłam – wszystko poza ostatnim zdaniem jest prawdą :)

      • Ależ ja się prawie dałem nabrać! To znaczy zrobiło mi się strasznie smutno, gdy przeczytałem wpis na FB, bo myślałem, że coś się stało w ostatniej chwili, przecież byłem na bieżąco i już miało być OK… Ale dokładnie przeczytałem Twój wpis tu i coś mi nie do końca grało. Tak jakby końcówka była „z innej parafii”, bo tylko na FB i ostatnie zdanie wspominały o wycofaniu się. Do tego ja wiem, że Ty jesteś twarda na tyle, że wycofanie nie bardzo wchodziło w grę… No i stąd podejrzenie (nadzieja!), że to wkręt. Ale moment wybrałaś genialny na wpis bo to już był czas, że dla większości – w tym mnie – skończył się już 1.04, wszyscy wszystkie „wkręty” odkryli no a Ty… Brawo! Kciuki trzymam nadal.
        Aha, jeszcze coś mi nie grało z tym planem na 50:00 :D :D

        • Aha, no widzisz – uważnie czytałeś. Cały post miałam napisany dzień wcześniej (czwartki mam wolne, miałam trochę czasu) a ostatnie zdanie dopisałam w piątek „na spontanie”, bo miałam taki mętlik w głowie (co robić, co robić!!), że postanowiłam sobie z tego zażartować, żeby trochę rozładować swoje emocje.
          Co do planu na 50′ – naprawdę go podarłam i wyrzuciłam, ale jednocześnie postanowiłam zrobić plan na 59:59, ale… noga po połówce ma się lepiej niż myślałam, więc… Do czwartku się regeneruję, smaruję i masuję a potem pewnie wydrukuję jeszcze raz i spróbuję… :D