Bełchatowska Piętnastka

wpis w: Bieganie, Relacje | 6

Oj, to było wyzwanie… Denerwuję się przed każdym biegiem, czasem nawet przed dłuższym wybieganiem „domowym” nie mogę usnąć, mam różne wizje, że nie dam rady, że coś się stanie. A przed tą piętnastką miałam podwójny respekt, bo był to pierwszy taki długi start po chorobie. Nadal za wysokie tętno, nadal zdarzają mi się epizody kaszlu, nadal przy większym wysiłku ciężko mi się oddycha. No i – pierwsze bieganie „oficjalne” na takim dystansie. We wtorek, kilka dni przed startem, zrobiłam sobie próbnie dłuższe wybieganie, 12,5 km w tempie naprawdę konwersacyjnym. Ciężko mi było jak diabli. W czwartek – trening siły biegowej ze Sklepem Biegacza. W piątek – okropnie się wkurzyłam i musiałam – po prostu musiałam – iść pobiegać. Ale delikatnie, baaardzo wolno, 7 km. No nic, jakoś się może cudem zregeneruję? Ale jeszcze w sobotę miałam babskie warsztaty, na których miało być kilka ćwiczeń – jakieś pilates, czy coś. Mhm… Poprzedzone naprawdę solidną rozgrzewką z dużą ilością przysiadów (moje uda!!!). Właściwe ćwiczenia zawierały mnóstwo elementów wzmacniających korpus – brzuch i grzbiet. Pomyślałam sobie – mam pozamiatane. Trzy dni pod rząd – treningi różne… A czwartego dnia – start… No ale nic. Opracowałam plan „na przeżycie” czyli – tempo 7:00, dobry nastrój, pomalowany pazur, uśmiech numer 5 i naprzód.

Z Łodzi wyjechaliśmy kwadrans później, ale takie coś było przewidziane – mieliśmy zapas, na miejsce dojechaliśmy szczęśliwie, po krótkim poszukiwaniu miejsca parkingowego coś udało się znaleźć i ruszyliśmy po odbiór pakietów startowych. Ponieważ był to bieg jubileuszowy, dwudziesty, każdy otrzymał plecak biegowy. Kolorów już nie mogliśmy sobie wybrać, dostaliśmy czarny i czerwony – ładne. Odnieśliśmy rzeczy do auta, wróciliśmy do hali i zaczęło się to, co najfajniejsze, czyli pstrykanie fotek i wyszukiwanie znajomych :)

belcha

dsc_4901

Na starcie ustawiliśmy się tuż przed odliczaniem, na samym końcu i ruszyliśmy za tłumem. Trasa biegu prowadziła przed osiedla Bełchatowa, trzy okrążenia po 5 km. Dla mnie była to absolutna nowość. Ogólnie rzecz ujmując, odkąd zaczęłam biegać więcej niż 5 km, zaczęłam unikać biegania w kółko. Mój malutki park skutecznie mi to obrzydził. Ale tym razem było to całkiem nowe doświadczenie. Przy każdym okrążeniu starałam się zapamiętać jakieś szczegóły, charakterystyczne punkty, ale właściwie za każdym razem rzucało mi się w oczy coś zupełnie innego, coś czego nie widziałam ani przedtem, ani w kolejnym okrążeniu. A to żółta koparka, a to kościół, a to działka na sprzedaż :D Oprócz kibiców – tych było na tyle niewielu i tak chętnie rzucali się do przybijania piątek (dzieciaki), że zapamiętałam wszystkich :)

15195876_1096674690447277_2485917945200619305_o

Biegłam sobie pilnując tętna ~163-165, tak, żeby przebiec cały dystans bez przerw na marsz i w dobrym samopoczuciu, i udało się! Ale o dziwo biegłam szybciej niż zakładane 7:00 – średnie tempo wyszło 6:42. Trzy ostatnie kilometry ciągnęłam ze sobą dwóch panów, których dogoniłam, a którzy uczepili się mnie potem jak zająca i podejrzewam, że widok musiał być dość komiczny – biegła babka w kolorowych legginsach, a za nią dwóch starszych, zasapanych panów. Ale – szacunek muszę oddać, jeden z tych panów wyprzedził mnie na 14,5 km, a przegoniłam go dopiero kilka metrów przed metą i naprawdę musiałam nieźle się sprężyć :)

belch

No, a po mecie – grochówka i mężowskie kulki mocy. Uwielbiam :D

Ogólnie bieg oceniam bardzo dobrze, myślę, że jeszcze powtórzymy, bo dystans całkiem przyjemny – jednak bieganie piątki czy dychy „na pełnej pompie” nie daje takiego fajnego samopoczucia jak dłuższy dystans. Już się nie mogę doczekać warszawskiego półmaratonu, w którym – tadammm – ma też zadebiutować mój mąż!

15079004_10207301037830759_3821000716521228875_n

I wiecie co? Znowu byłam na szarym końcu, chyba piętnasta od końca (na ponad tysiąc biegaczy) – zacznę niedługo kolekcjonować antyżyciówki :D

————————-
zdjęcia – moje, męża, organizatora biegu i koleżanki Asi P-Ł

  • Kurcze, długo odczuwasz skutki choroby. No ale to nie bylo jakieś tam przeziębienie,tylko poważna infekcja,więc co się dziwić. Mam nadzieję, że na półmaratonie warszawskim uda mi się Wam pokibicować. :-)

    • Basiu, do skutków zapalenia płuc doszedł „nawrót” anemii… Szczęśliwie piję cały czas te zakwasy i inne cuda, bo nie wiem jakie bym miała wyniki :( Ale badania różne inne muszę porobić, bo chyba coś z tym wchłanianiem u mnie jest niedobrze…

  • Pamiętam kiedy jeszcze biegałem i pokonanie 6 kilometrów było dla mnie wyczynem. Dziesiątkę pokonałem raz w życiu i miałem zgon. Dlatego właśnie podziwiam maratończyków :)

    • Ja pamiętam swoją pierwszą minutę biegu, podczas której wypluwałam płuca… A maraton? No, może kiedyś… Na razie też podziwiam tych, którzy pokonali ten dystans :D