Arkadia Parking Relay

wpis w: Bieganie, Relacje | 0

Pierwszym biegiem w tym roku, w którym wzięłam udział, był Noworoczny Bieg pod Gwiazdami, który odbył się 1 stycznia. Był to bieg towarzyski, nierejestrowany elektronicznie, z zakazem wyprzedzania i dużą porcją pozytywnej noworocznej energii :) Medalu nie było, ale za to było losowanie nagród i ja wygrałam coś z czego niesamowicie się ucieszyłam, a mianowicie – CUKIEREK!! Dlaczego tak się ucieszyłam z cukierka? To bardzo proste. Wśród nagród możliwych do wygrania był pakiet startowy na kwietniowy maraton DOZ. A ja – no cóż – jeszcze nie jestem na to gotowa. I bardzo się ucieszyłam z tego cukierka, bo to oznaczało, że siła wyższa nade mną czuwa i nie dopuści do tego, bym biegła królewski dystans w tym roku :D

Kilka dni potem, 6 stycznia, razem z naszą zwariowaną paczką biegową #blogerzybiegają, pojechaliśmy do Warszawy, bo tam wziąć udział w sztafecie Arkadia Parking Relay (5 x 2km). Wyjechaliśmy dużo wcześniej ze względu na trudne warunki drogowe (zima znów zaskoczyła drogowców…), ale dojechaliśmy bardzo szybko i sprawnie (tu ukłon w stronę kierowcy – Marcina). Dzięki temu, że wyjechaliśmy wcześniej, mieliśmy czas na spokojne załatwienie potrzebnych formalności i pójście na kawę do kawiarni. Wszystkie sklepy w galerii handlowej były zamknięte, pracowały tylko kawiarnie na jednym z poziomów. Korytarze zostały opanowane przez rozgrzewających się biegaczy, biegających wzdłuż i wszerz. Sam bieg odbywał się na jednym z poziomów olbrzymiego parkingu (-1) i wyszliśmy tam tak późno jak było to możliwe, ze względu na okropny mróz. Wydawało nam się, że na parkingu będzie nieco cieplej niż na zewnątrz, ale dzięki dużym prześwitom na jednej ze ścian, było tak samo przeraźliwie zimno jak na zewnątrz, czyli około -10°C.

Przy kawie rozdzieliliśmy nasze numery startowe:

A następnie ruszyliśmy na parking zobaczyć jak walczy pierwsza tura i troszkę się zaadaptować do nietypowych warunków.

Druga tura, łącznie z nami, startowała o 12:15 – z naszej drużyny jako pierwszy pobiegł Dominik Runoholic, drugi Marcin – Gruby Biega, potem ja, po mnie mój mąż – Artur (Powoli. Po prostu.) i jako ostatni pobiegł Mateusz – Woskul z planem nadrobienia naszych strat czasowych ;)

Dominik bardzo zgrabnie poradził sobie ze swoim kawałkiem, potem pobiegł Marcin z kamerą, rejestrując wszystkie zakręty, a ja próbowałam się w tym czasie rozgrzać. I nie tylko ja. Wszyscy dookoła skakali, biegali, robili skipy – ogólnie wszystko bardziej kojarzyło mi się z dyskoteką, niż z imprezą biegową ;) Nie bardzo wiedziałam jak mam to rozegrać strategicznie, bo jak wiecie, lubię biegać „matematycznie”, ponieważ na podziemnym parkingu nie ma sygnału GPS. A plan ogólny był taki, żeby pobiec na pełnej pompie i do porzygu. W końcu – to „tylko” dwa kilometry… Ustawiłam zegarek na ekran z tętnem i stanęłam w swoim polu startowym. Bez rękawiczek, bo bałam się, że wyślizgnie mi się pałeczka, a zgubienie jej oznacza dyskwalifikację drużyny. I to był wielki, ogromny błąd. Cały dystans chciało mi się wyć z bólu, miałam wrażenie, że zamrożone palce mi pękną jak kryształy lodu. To jedyna rzecz, która gnała mnie do przodu, byle jak najszybciej wypuścić ten plastikowy, parzący mnie sopel z rąk. Biegłam i biegłam, zimno było potwornie, wszyscy mnie wyprzedzali, miałam wrażenie, że sunę powoli jak lokomotywa… Przy końcu pierwszego okrążenia poleciały mi łzy z oczu i straciłam ostrość widzenia, z daleka tylko widziałam migoczące kolorowe światełka startu / mety i miałam w głowie tylko jedną myśl – nie przewrócić się na belce! Uff, udało się ją przeskoczyć i drugie okrążenie pobiegłam bez stłuczonych kolan i łokci (i wstydu).

Po oddaniu pałeczki mojemu następcy miałam spory problem z wyprostowaniem palców, na szczęście po założeniu rękawiczek i ogrzaniu ich gorącym kubeczkiem z herbatą dość szybko wróciły do siebie.

zdjęcie zrobione przez Sztuka Kadru

Gdy już mogłam normalnie oddychać i mówić, sprawdziłam swoje wyniki i okazało się, że zrobiłam tam swoje najszybsze dwa kilometry w życiu – w czasie 9:09. Jeden jedyny raz w  życiu pobiegłam w takim tempie więcej niż 400 metrów, utrzymałam je przez ledwie jeden kilometr. A teraz – aż dwa! Bardzo byłam z siebie zadowolona (i jestem nadal :), bo udało mi się wykrzesać z siebie więcej niż oczekiwałam. Wydaje mi się, że spora zasługa była w tym, że wreszcie biegłam po gładkiej i płaskiej nawierzchni – w porównaniu z zaśnieżonymi i oblodzonymi chodnikami to było naprawdę komfortowe :)

Po finiszu Mateusza, bez zbędnej zwłoki szybko udaliśmy się po ciasteczko i kawę / herbatę. Dopiero wtedy dowiedziałam się, że druga tura startujących była o wiele szybsza od pierwszej (tak postanowili organizatorzy) – stanęliśmy w jednym szeregu z naprawdę szybkimi biegaczami!

Sympatykom sztafet bieg polecam – takie ściganie się po parkingu jest bardzo ciekawym doświadczeniem i odmianą w codziennym bieganiu.  A na zakończenie – filmik nagrany przez Marcina :D