6. Bieg Fabrykanta

wpis w: Bieganie, Relacje | 7

Nie dość, że ostatnio mało piszę na blogu, to o bieganiu wcale. A biegam przecież cały czas i to sporo :) Latem jakoś nie było kiedy biegać w masówkach, no i jest trochę za gorąco… Fajny, a nawet – bardzo fajny bieg zdarzył nam się w samym środku wakacji i był to City Trail On Tour, ale dwa dni potem wyjeżdżałam na urlop i nie było kiedy popisać. A teraz znajdę czas, zgodnie z zasadą, że niezadowolony klient powie o swoim niezadowoleniu większej ilości osób… City Trail oczywiście chwalić będę jeszcze nieraz, ale teraz szybciutko zdam relację z wczorajszego Biegu Fabrykanta.

20160827_171451
Nasza drużyna „szkolna” – reprezentujemy podstawówkę, do której uczęszczają nasze dzieci :)
Kopia DSC_1740
Z Basią – moją biegową koleżanką z Łowicza <3

Pakiet startowy odebrałam dwa dni wcześniej. Na miejsce, czyli do Łódzkiej Strefy Ekonomicznej, dotarłam około 45 minut przed startem, już część ulic była zamknięta, a i z parkowaniem było kiepsko – no, ale akurat tego można się było spodziewać. Po dotarciu do miasteczka biegowego miałam chęć oddać stary, zepsuty telefon komórkowy dla Fundacji „Krwinka”. Niestety nie znalazłam miejsca zbiórki telefonów, pytałam kilku osób z obsługi – nikt nie wiedział, o co ja w ogóle pytam, biuro zawodów już było nieczynne. No dobra – odpuszczam, pozbędę się złomka przy innej okazji. Czas zająć się oddaniem rzeczy do depozytu. Okazuje się, że depozyty są oddalone o kilkaset metrów od miejsca startu, a przedarcie się przez kilka tysięcy wędrujących z miejsca na miejsce osób i ustawione w różnych miejscach barierki zajmuje masę czasu. Szczęśliwie mogę oddać plecak komuś znajomemu. Ustawiamy się na starcie, znajdujemy cień w naszej strefie, pstrykamy selfie i czekamy.

14182210_10206678628550916_1565028964_m
Nowa wersja naszej dwójki – mąż ogolony, a ja ruda :D

Upał już nam daje popalić, a jeszcze nie ruszyliśmy – temperatura w cieniu to 30°C. Nauczona już swoim letnim doświadczeniem zabrałam butelkę z wodą, 330ml, z założeniem, że na piątym kilometrze ją uzupełnię. Gdzieś w oddali słychać przytłumiony głos z głośników, ale w szóstej strefie nie daje się zrozumieć ani słowa. Następuje chóralne odliczanie i – start. Po jakiejś minucie przechodzimy do truchtu, towarzyszy nam głośna dudniąca muzyka. Myślę sobie, że fajnie by było, gdyby cały czas nam tak dodawała kopa :D Biegnę. Założeniem moim było pobiec „na lajcie”, bo sześć dni temu treningowo przebiegłam dystans półmaratonu, co jeszcze czułam w całym ciele, a za dwa tygodnie biegnę mój wymarzony półmaraton w Jarocinie i nie chciałam się zamęczyć. No, ale jakiś wynik by się zdało zrobić, wiadomo. Biegnę zatem z myślą, że życiówki nie będzie, ale powinnam się zmieścić 1:05. Maksymalnie. To oznacza utrzymanie tempa, które na co dzień niespecjalnie mnie męczy.

Biegnę pierwszy, drugi kilometr, świetnie się czuję. Gorąco jak diabli, w okolicach 2,5km zaczyna być mi niedobrze, delikatnie mdlić. Patrzę na tętno – ponad 170 uderzeń. Postanawiam lekko zwolnić, zejść do 165, podbiegi pokonać nie przekraczając 168 ud/min. Biegnę sobie dalej, w gardle pustynia, popijam wodę małymi łykami z myślą o tym, że za chwilę będzie punkt z wodą i się trochę schłodzę, napiję – będzie dobrze. Docieramy do punktu z wodą i słyszymy: „kubków nie ma, woda dalej!!”. Że co??!! Dobiegam do ostatniego stolika i razem ze zdenerwowanym wolontariuszem próbujemy jakoś w miarę zgrabnie wlać wodę z pięciolitrowego baniaka do mojej buteleczki z małym gwintem… Udało się, tracę na to mnóstwo czasu, ale trudno – bez wody nie dam rady. Na szóstym kilometrze zaczynam mieć dreszcze. Oho – myślę – zaczynam się przegrzewać. No nic – biegnę nadal tak wolno jak tylko mogę. Na jednej z ulic ruch został zamknięty, auta stoją w korku a my biegniemy wzdłuż tego korka, wiele samochodów stoi z włączonymi silnikami – nie dość, że upał, to jeszcze te spaliny… A kierowcy robią nam zdjęcia :)

Ratownicy z karetek to tu, to tam zajmują się biegaczami, przegrzanymi, odwodnionymi, grupka ludzi stoi obok ambulansu, ktoś zgięty w pół – czekają w kolejce na przyjęcie? Biegnę dalej. Ósmy, dziewiąty kilometr – czuję, że zaczynam się „stabilizować”, na dziesiątym nawet jestem w stanie przyspieszyć, a finisz tradycyjnie robię sprintem. Dostaję wąsaty medal z wizerunkiem mojego ulubionego Księżego Młyna, batonik i pół litra wody. Podczas biegu wypiłam ponad 600ml wody, więc dla mnie tej wody spokojnie wystarczy, batonik okazał się całkiem dobry, ale koło mnie słyszę głosy zmęczonych, zasapanych ludzi, którzy chcą „dolewki”, a wolontariuszki mówią, że niestety – nie ma. Pół litra wody dla jednego biegacza i więcej nie ma co prosić… Swoją wodę oddałam naszemu biegowemu fotografowi Maćkowi (FotoDoktorek), bo dla niego też wody nie było, a ja miałam rezerwowy izotonik w plecaczku.

Kopia DSC_1749
Łączka pobiegowej regeneracji :)

Kopia DSC_1751

Trasa była rekomendowana jako bardzo szybka, a okazała się naszpikowana podbiegami. Mnie to specjalnie nie odstrasza, bo na moich codziennych trasach biegowych mam kilka wiaduktów, ale wiele osób dostało popalić, nie dawało sobie rady… Było też duuużo zakrętów, niektórzy sobie je sprytnie ścinali ;) Trudno mi ocenić tę trasę z punktu widzenia historyczno – turystycznego, bo mieszkam tuż obok i znam te wszystkie kąty, ale skoro medal był z Księżym Młynem, to według mnie zabrakło przebiegnięcia się na przykład Kocim Szlakiem i ulicą Księży Młyn. Ale rozumiem, że nie było to możliwe, bo są tam kocie łby i jest bardzo wąsko.

Swego czasu na blogu troszkę marudziłam na Bieg Piotrkowską, ale tam głównie na czynnik ludzki, natomiast tutaj to organizatorzy zawalili sprawę – na całego. Ludzie oczywiście też trochę się denerwowali czekając na przejście na drugą stronę ulicy – to nieuniknione, ale mniej, nikt na nas nie wyzywał i ogólnie było luźniej, na nikogo nie wpadałam. Może dlatego, że miałam dziesięć minut straty? Czasem więcej ludzi maszerowało niż biegło…

Muszę się też odnieść do fantastycznego biegu w Poddębicach. Warunki pogodowe niemal identyczne -z tą różnicą, że biegliśmy w otwartej przestrzeni, na pełnym słońcu. Woda do picia – w TRZECH punktach. Kurtyna wodna – w DWÓCH. Ale porządna, strażacka, a nie taka mżaweczka jak na Fabrykancie. Można? Można. Tylko trzeba przewidzieć potrzeby dwóch tysięcy zziajanych wariatów biegnących dychę pełnej podbiegów po Łodzi nagrzanej jak patelnia :)

Podsumowując – jestem zawiedziona, bo myślałam, że to będzie fajny bieg. Ludzie opuszczali Łódzką Strefę Ekonomiczną wściekli, na fanpage’u sypią się negatywne komentarze. Ja już nie mam ochoty na kolejny Bieg Fabrykanta. I nikomu nie polecę, bo teoretycznie organizatorzy przepraszają i zapowiadają wyciągnięcie wniosków, a podobno rok temu też było podobnie.

Szczęśliwie jednak dobiegłam, nic mi się nie stało, zrobiłam kolejną antyżyciówkę – ustanowiłam własny, osobisty rekord slow joggingu: czas 1:10:06 – ale z pozostałych atrakcji skończyło się tylko na dreszczach i lekkim bólu głowy. A teraz odpoczywam i zbieram siły na charytatywny Poland Business Run – już za tydzień!

Za zdjęcia podziękowania lecą do Jacka, Michała i męża mego – Artura :)

Pa!

———edit————-

Poniżej wypowiedź jednego z organizatorów (p. Mariusza Kostrzewy, z fanpage’a)

„Było przygotowanych tyle butelek wody by każdy kto minął linię mety ją otrzymał. Z zasady ma ona ugasić pierwsze pragnienie. Jeśli ktoś wie, że potrzebuje więcej powinien samemu o to zadbać, a nie liczyć na los z nieba tym bardziej , że niebo tego dnia nie sprzyjało. Była też opcja zakupu wody czy też napojów na miejscu. „

I oficjalne oświadczenie organizatora:

http://biegfabrykanta.pl/oswiadczenie-organizatora-w-sprawie-punktu-z-woda/

  • Bardzo lubię Twoje relacje. I powiem Ci że fajne macie selfiaki z Arturem :) I wiesz, przykro mi za każdym razem, gdy czytam, ze w którymś biegu brakowało kubeczków, wody czy czegoś w tym guście. Dla mnie to jest skandal. Na półmaraton zawsze biorę swój zapas, na „gorące dychy” też pamiętam że miałem i na pasie i jeszcze w ręku. A biegłem cały mokry :)
    Organizatorzy czasem wyciągają wnioski (BMW Półmaraton) a czasem nie. Szczytem był jeden bieg w którym sponsorem był producent wody (dziwnie brzmi nie?) a wody nie dość, że brakowało, to za linią mety ponoć też nie starczyło…. Ech… :) To co, za tydzień biegniemy Business Runa :D

    • Dziękuję Pawle! Ja dzięki Twojej recenzji nie poleciałam BMW i jestem Ci za to bardzo wdzięczna – na dyszce prawie umarłam, a co dopiero lecieć połówkę w ten skwar… No i też ciągle mam w głowie historię z gąbkami do zmoczenia głowy – jednak można być frontem do biegacza :)

      Pozdrawiam i „do zoba” na Business Run’ie :D

      • … bo te gąbki to można sobie samemu wziąć i pod czapkę schować ;)

  • Jacek Kozieł

    Można by rzec „nic dodać, nic ując” ale …
    To już kolejna, z relacji biegających, wtopa organizacyjna. Mnóstwo wolontariuszy lecz stali jak „Wazony”, brak koordynacji, chaos, lokalizacja depozytu – nieporozumienie itd.itp.
    Wspomniany przez Ciebie bieg w Poddębicach był w tym sezonie chyba wzorcowym. Po nim Bieg ul Piotrkowską, dalej ALE 10k Run …
    Jestem pełen podziwu dla Twojej i Artura postawy, Mariusza i innych.
    To był pierwszy bieg 10 km w którym widziałem tak wiele osób maszerujących, po 8 km też już nie mogłem biec …. 1:06:41 to czas porównywalny do moich luźnych przebieżek przy domu, i pierwszy w którym byłem zmuszony do marszu.
    Do zobaczyska przed linią kolejnego startu :-) Niebawem :-)

    • Do zobaczyska Jacku, dziękuję za dołączenie do dyskusji :)

  • 1:10:06 to slow jogging? :D No dobra, rozumiem, dla Ciebie tak. :) Kurcze wydaje się że zapewnienie wody uczestnikom biegu w taką pogodę to podstawa, a tu proszę…jak widać niekoniecznie. Czy wyciągną wnioski? Może w końcu. Ale brawa dla Ciebie za ten Twój jak twierdzisz slow jogging. :D Dałaś radę i oczywiście wcale mnie to nie dziwi. :)

    • Ano slow, bo zimą biegałam o wiele szybciej, ale spoko – na pewno mi to nie wyjdzie na złe, a nawet myślę, że na dobre :)