13. Półmaraton Warszawski. Relacja.

wpis w: Bieganie, Relacje | 0

13. Półmaraton Warszawski

był moim trzecim półmaratonem w stolicy. Relacje z poprzednich są tu:

⇒11. Półmaraton Warszawski i ⇒12. Półmaraton Warszawski

Warszawę lubię, bywam w tym mieście stosunkowo często i bieganie w stolicy tylko pogłębiło moją sympatię do tego miasta. Pierwszy mój bieg w Warszawie był jednocześnie debiutem na dystansie półmaratońskim i było mi naprawdę ogromnie przykro, że w tym roku nie przywitam tam wiosny… Dlaczego miałam nie biec? Przede wszystkim ze względów finansowych, mamy teraz inne priorytety, a ponadto – nie chciałam jechać sama, bez męża, który w tym czasie miał zaplanowane zajęcia na Uniwersytecie. Pożaliłam się na to koleżance, że mi smutno, że mi źle, że na fejsie już się sypią te wszystkie posty, przypominajki podgrzewające atmosferę… A Magda na to… Słuchaj, ja nie biegnę – biegnij za mnie! Mało nie spadłam ze stołka…

Tym właśnie sposobem nowej wiosennej tradycji stało się zadość i spełniło się moje marzenie.

13. Półmaraton Warszawski

nie był startem docelowym samym w sobie, miał być biegiem wplecionym w moje przygotowania do maratonu. Ponieważ przypadał na trzy tygodnie wcześniej niż ⇒DOZ MARATON ŁÓDŹ, mogłam sobie pozwolić na to, by pobiec na tak zwanej pełnej pompie. Tylko… nie bardzo miałam na to siły. Paradoksalnie, przez przygotowania do maratonu, zamiast czuć się coraz lepiej, ja czułam się jakbym słabła. Kilka dni przed połówką miałam solidny kryzys. Biegałam coraz wolniej, było mi źle. Zrobiłam badania krwi, okazało się, że mam kiepskie wyniki – żelazo niemal dwukrotnie ponad normę… No nic. Moje kłopoty zdrowotne to już norma, postanowiłam tego nie przenosić w płaszczyznę biegową, zmieniłam dietę i pojechałam do Warszawy. Pociągiem! Cóż to była za frajda pojechać pociągiem, nie być kierowcą, nie martwić się o korki i miejsce parkingowe!

Po odebraniu pakietu odbyliśmy mały spacer po centrum i pojechaliśmy do domu przyjaciół, u których miałam spać. Wszystko było super, idealnie, rzeczy naszykowane, pogoda miała być świetna – nie za gorąco, ale słonecznie, dzień zapowiadał się boski! Położyłam się spać, zasnęłam i… Obudziłam się spanikowana! Jak to? Przecież w ciągu minionych 10 tygodni od początku roku miałam już osiem wybiegań 20+ (od 20 do 30 km). Skąd ten lęk? Nie mam pojęcia… Jednak udało mi się go opanować, nie skończyło się tak koszmarnie jak dwa lata wcześniej, za pierwszym razem – zasnęłam…

Rano wszystko poszło w miarę sprawnie, na miejscu byliśmy jednak później niż chciałam, bo okazało się, że spory kawałek trzeba dojść pieszo. I zaczęło się! Znajomy tu, znajoma tam, z Łodzi, z całej Polski… Paru osób się spodziewałam, innych wcale nie… Istny kołowrotek! I nagle – jak zwykle za szybko START! Tym razem nie stanęłam na samym końcu, ustawiłam się między zającem na 2:05 a 2:10. W planie miałam zrobić czas około 2:10 właśnie, ale z założenia nie biegam z zającem (za dużo ludzi).

I co? Niby już taka całkiem doświadczona i dałam się porwać tłumowi… Przegięłam na 6 i 7. kilometrze, co oczywiście zemściło się – zawsze się mści. Na 11. kilometrze dogoniła mnie grupa na 2:10, ale trzymałam ją cały czas jakieś 20 metrów za sobą. A bolesna zemsta przyszła na 20. kilometrze, na wybiegu z chłodnego ciemnego tunelu. Spadła na mnie jak ciężka kołdra. Owinęła się dookoła mnie, zaplątała mi nogi i niemal zatrzymała w miejscu… Oślepiło mnie słońce na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Wtedy grupa na 2:10 mnie ostatecznie dogoniła, połknęła, przeżuła i wypluła. Zaczęła uciekać. A ja zbliżając się do tętna maksymalnego nie wiedziałam czego się chwycić. I wtedy z pomocą przyszła pacemakerka, Maria. Ona zwolniła i zaczęła nas „zbierać” z tego podbiegu (bo nie tylko ja zaczęłam odpadać). Krzyczała, wydawała polecenia: krótki krok! mocno ręce! biegniemy, zaraz koniec, KONIEC! nie pozwalała nam się zatrzymać, skupiłam się na niej, siłą zmuszając się do wykonywania komend. To było dokładnie to, czego było mi trzeba – zewnętrznego rozkazu, bo nogi mojej własnej głowy już nie chciały słuchać… Do mety trzymałam się ich obojga, Marii i  Tomka, to oni na ostatnich metrach dosłownie przeganiali nas przez metę, zmobilizowali mnie do wykrzesania ostatnich sił… 2:10 zostało ocalone. Wynik 2:10’27”!! Tylko i wyłącznie dzięki zaangażowaniu Zajączków nie spadłam do 2:11 i więcej.

Na tych dwóch zdjęciach widać,jak nad nami pracowali tuż przed metą (trzeba kliknąć, wtedy widać całe)

To była kolejna lekcja pokory ;) ale też jeszcze lepiej poznałam swoje możliwości :D

Po biegu nastąpiło to, co zawsze – Wielkie Żarcie! i powrót do domu. Pociągiem. Napchanym po dach. Całą drogę na stojąco. I na tym zakończę swoją relację… Było fajnie – jak zawsze :D

—– a tu relacja Witka: ⇒czy zające powinny mieć głos? ——-