12. Półmaraton Warszawski. Relacja.

wpis w: Bieganie, charytatywnie, O mnie | 0

Minęło sporo czasu od mojej ostatniej, najważniejszej w tym sezonie połówki, a wpisu jak nie ma – tak nie ma… A zatem:

12 stycznia 2017 r. opublikowałam całkiem optymistyczny wpis dotyczący mojego planowanego startu w moim kolejnym półmaratonie, a drugim w Warszawie. Od tamtego czasu sporo się wydarzyło, niestety plan treningowy, który miałam wydrukowany, musiałam nieco zmodyfikować, bo na przykład w lutym przytrafiło mi się zapalenie oskrzeli i znowu wyleciały mi dwa tygodnie z rozpiski. Nauczona jednak doświadczeniem nabytym w październiku ubiegłego roku, kiedy to powaliło mnie zapalenie płuc, postanowiłam podejść do tematu nieco inaczej. Nie czekałam z treningami, aż całkiem się zregeneruję, lecz przeniosłam się pod dach, na salę fitnessową, ponieważ na zewnątrz cały czas panowały siarczyste mrozy, a w powietrzu wisiał gęsty smog. Który zresztą prawdopodobnie przyczynił się do mojego zapalenia oskrzeli.

Plan treningowy poprawiłam zamieniając treningowe jednostki biegowe na rowerowe interwały i wplatając ćwiczenia stabilizujące. Zupełnie odpuściłam myślenie o wyniku w okolicach planowanego wcześniej 2:15, zeszłam do poziomu „byle cokolwiek urwać z poprzedniej życiówki (2:19’53), choćby minutę”.

Dwa tygodnie przed startem wysiadła mi lewa kostka – dokładnie w tym samym momencie co rok temu. Wściekłam się, bo przecież treningi robiłam o wiele rozsądniej niż rok temu, ale nadal nic nie zrobiłam w kierunku podleczenia mojego potężnego płaskostopia (we wszystkich kierunkach) i nadpronacji. Szybciutko znalazłam się u rehabilitantki, kostkę okleiłyśmy i zrobiłyśmy wkładki ortopedyczne na miarę, żeby podeprzeć te moje krzywuski. Bieganie odpuściłam jeszcze bardziej, stopa dochodziła do siebie ale – zaczęło boleć mnie prawe biodro, przyczep mięśnia czworogłowego i oba kolana. Poziom paniki rósł z każdym dniem, bo oczywiście startu nie miałam zamiaru odpuszczać, ale bałam się tego, co jeszcze mogę sobie zrobić podczas samego biegu. W sobotę, dzień przed biegiem zaaplikowałam sobie diklofenak – jedną tabletkę, z nadzieją, że zadziała przeciwbólowo, przeciwzapalnie i przede wszystkim na moją głowę, w której roiło się od złych myśli.

Tabletka zadziałała. Nogi przestały boleć, a ja troszkę optymistyczniej zaczęłam myśleć o tym co ma się zadziać następnego dnia. Jeszcze mocniej tworzyłam wizualizacje, wyobrażałam sobie jak biegnę pomimo trudności i dumna z siebie przebiegam przez metę. Kilkanaście dni wcześniej dostałam od kolegi przykaz, by nie odpuszczać i zawalczyć jednak o te 2:15, więc dokonałam odpowiednich obliczeń tempa i orientacyjnych międzyczasów. Wiedziałam, że negative split nie zadziała z powodu podbiegu w końcówce, ale umówiłam się sama z sobą na równe tempo pamiętając o tym, że w końcówce mogę (i powinnam) trochę zwolnić na podbiegu, by ładnie przebiec ostatnie 3 kilometry, nie dusząc się i nie zipiąc.

Mając na uwadze moje ubiegłoroczne problemy ze snem w noc poprzedzającą start przygotowałam się absolutnie – zabrałam zasłonkę na oczy (lubię spać w kompletnej ciemności), zatyczki do uszu (wybudza mnie każdy szelest) i własną poduszkę. Bo misia nie mam. Wzbudziłam tym wesołość moich przyjaciół, ale najważniejsze, że zadziałało. Przespałam jak dziecko całą noc! Rano śniadanko, kawy postanowiłam nie pić, żeby nie pobudzać się niepotrzebnie i pojechaliśmy na start. Tym razem było to lepiej zorganizowane – Ogród Saski zapewnił mnóstwo przestrzeni i na spotkania, i na przebrania oraz na rozgrzewkę – tym razem zrobiłam ją tak jak należy!

Około 9:55 ustawiliśmy się mniej więcej w swojej strefie czasowej i czekaliśmy na start. Ruszyliśmy dopiero około 10:23, zdążyłam zmarznąć na kość, przeklinając swój pomysł ubrania się w dwie koszulki z krótkim rękawem zamiast długi + krótki. Temperatura wynosiła około 3°C, para leciała z ust i nawet folia niewiele pomagała. Jak tylko tłum przeszedł do truchtu, zaczęłam biec też i ja, żeby jak najszybciej się rozgrzać! Na starcie uruchomiłam zegarek, zaprojektowałam się po raz ostatni na tempo 6:23 i pobiegłam.

Dalej już tylko odliczałam kilometr po kilometrze pilnując średniego tempa na każdym z nich. Po pierwszych dwóch trzech już wiedziałam, że będzie dobrze – nagle poczułam się jak doskonale zaprogramowana, naoliwiona maszyna, biegłam równo w tempie wyprzedzając kolejne osoby. Biegłam od osoby do osoby, od kilometra do kilometra, na końcu każdego dziwiąc się, że średnie tempo wychodzi mi cały czas poniżej zakładanego. Samopoczucie – doskonale, rytm równy, postanowiłam zatem pilnować się, by na fali tej euforii nie pobiec za szybko, żeby mnie nie odcięło.

Aha – rękawki i buff zdejmowałam już po paru kilometrach, bo wyszło słońce i zrobiła się naprawdę piękna pogoda!

Wstępnie zaplanowałam zjeść dwa żele, ale już na pierwszym przystanku wodnym (ok. 6,5km) zmieniłam plan – skoro lecę tak, a nie inaczej – i zjadłam cukierek aptonia + parę łyków wody. Potem na kolejnym (12,5 km) – żel energetyczny + woda, na następnym ( 15,5 km) kawałek banana i tuż przed samym końcem, na 19. kilometrze moje ulubione pastylki dextro. Wszystko zapracowało tak jak powinno, dostawy energii były na czas – dałam sobie radę z podbiegiem, który pokonał wiele osób koło mnie, a ostatni kilometr przebiegłam mając stuprocentowy flow, najszybciej ze wszystkich dwudziestu jeden. Na metę wpadłam w pełnej euforii – gdyby jej tam nie było, to pewnie bym przeleciała z rozpędu jeszcze kilometr i padła szczęśliwa na asfalt :D

Moja radość była nieopisana, gdy okazało się, że poprzednią życiówkę pobiłam o 7 minut :D Czy muszę dodawać coś więcej? Chyba o samym biegu wystarczy tyle :D

To była pierwsza życiówka związana z tym biegiem – druga miała miejsce 5 kwietnia, kiedy to zakończyła się moja zbiórka pieniędzy dla Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę. Wśród biegaczy biegnących dla tej Fundacji zajęłam szóste miejsce z wynikiem 2240 zł ♥, a wśród blogerów (#walkanadobro)- ósme. Zupełnie się nie spodziewałam takich osiągów i jestem bardzo dumna z siebie, i bardzo wdzięczna każdemu, kto dorzucił swoją cegiełkę! Zbiórka tych pieniędzy to było naprawdę niesamowite doświadczenie, pełne emocji i wzruszeń…

Dziękuję wszystkim, którzy mi kibicowali – na miejscu, i na odległość, jesteście naprawdę kochani!
Na tym zakończę ten wpis, bo zaraz się znowu poryczę, lecz do półmaratonu w Warszawie jeszcze wrócę :D

Pozdrawiam!

(źródło zdjęcia z nagłówka: http://mamyruszamy.pl/category/galeria/)