11. Półmaraton Warszawski. Relacja.

wpis w: #12niecodziennych, Bieganie, O mnie, Relacje | 35

Było – minęło… Dwanaście tygodni treningów – w błocie, śniegu, deszczu, na mrozie… 461,61 przebiegniętych kilometrów… Po to by przebiec 21,1 km w upale i wietrze.

Za każdym razem gdy lało, a ja musiałam wyjść na trening, mówiłam sobie, że przecież muszę być przygotowana na najgorsze warunki pogodowe. Bo początek kwietnia to zagadka, śnieg nie byłby niczym nadzwyczajnym – nie takie rzeczy się działy przecież :D A tu proszę. Szesnaście stopni na plusie! I to było chyba gorsze niż zimno. Na to nie byłam przygotowana, ledwie raz po zimie przebiegłam dyszkę w krótkim rękawku i getrach za kolano.

Ale zacznę od początku. W sobotę przed południem, dzień przed startem, pojechaliśmy do Warszawy. Zostawiliśmy rzeczy u przyjaciół i poszliśmy do Hali Torwar odebrać mój wymarzony pakiet startowy z najpiękniejszą koszulką świata. W Hali – tłum ludzi z białymi workami, uśmiechniętych, nakręconych, pstrykających fotki, dzióbki, selfie, ochy, achy! Atmosfera niesamowita. Odbieram swój pakiet, idziemy na pasta party. Dostajemy też pyszną wodę mineralną id’eau w rewelacyjnej butelce i piękne zielone jabłuszka. Podczas jedzenia oglądam moje skarby, cieszę się jak dziecko nawet z naklejek :)

14ma68sen2o0i

1msrs45xmbeym

Wieczorem rozkładam wszystko jeszcze raz, na podłodze szykuję stosik na rano, żeby niczego nie szukać. Zjadam kolejną porcję węglowodanów – orkiszowe pieczywo pełnoziarniste ze słonecznikiem i sezamem oraz moje ulubione muffinki buraczane, które tym razem dostały większą niż zwykle porcję mąki pełnoziarnistej – też orkiszowej. Piję, piję i jeszcze raz piję. Podkreślam to, bo ja generalnie piję bardzo mało i było to dla mnie duże wyzwanie, żeby wypić w jeden dzień 2,5 litra płynów (woda + izotonik z pakietu).

1l1onrri0q4tr

Kładziemy się spać około 23:00, jestem skonana po całym dniu wrażeń, spacerów i słońca. Zasypiam w ciągu kilkunastu sekund, budzę się chyba po kilkunastu minutach. Oczy mam jak pięciozłotówki, serce mi wali. W głowie zaczyna się kalejdoskop przeróżnych czarnych scenariuszy… Próbuję się uspokoić, przywołuję wszystkie fakty, wszystkie tygodnie przygotowań, całą moją wiedzę i plan – nic. Przewracam się z boku na bok, duszno mi. Zasypiam płytko i zaraz znowu się budzę. I jeszcze raz, i jeszcze raz. Około godziny drugiej, może trzeciej wyciągam w głowie broń ciężką – myślę – poród przeżyłam bez znieczulenia, to i półmaraton przeżyję! Pomaga na moment. Ale nadal nie zasypiam. Wyciągam najcięższy kaliber – kurwa mać, myślę – przeszłam w upale 24 kilometry w Tatrach Wysokich! Wlazłam na najwyższy szczyt Tatr Zachodnich – i zlazłam. Wlazłam na Przełęcz Koprową – i z niej zlazłam! Z lękiem wysokości!! Z krwiakami pod paznokciami! To co?! Nie przebiegnę tego cholernego półmaratonu?! Trochę pomaga, ale i tak nie zasypiam. Już jest za późno, robi się widno. Leżę zatem i czekam na budzik… Wyobrażam sobie jak biegnę, macham moim kibicom, wyobrażam sobie metę. Gdy budzik zadzwonił o 7:00, było mi już wszystko jedno. W głowie mi się kręci, czuję się jak po niezłej imprezie. Zjadam najbielszą białą bułkę z dżemem truskawkowym, wypijam około 100 ml wody. Powoli się szykujemy, ubieram się w te swoje cudowne ubranka, na wierzch zakładam długie spodnie i polar, kurtkę – wychodzimy. Na dole pod klatką – panika – nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych! Powrót – wolę je chyba mieć i zostawić w plecaku u męża, niż nie mieć i żałować, że nie wzięłam.

1p09mbbuxl665_wp

Uciekł nam jeden pociąg, do tramwaju czeka tyle ludzi, że dla nas już raczej miejsca nie starczy – na Plac Trzech Krzyży docieramy na pieszo, trochę później niż chciałam. To nic, to i tak już nic nie zmieni. Zjadam pół banana, pstrykamy fotki, cieszymy się tą szaloną chwilą, tym, że tu jesteśmy i SIĘ DZIEJE SIĘ! Gra muzyka, ludzie się tłoczą, ekscytacja na max! Idę z Anią i Agnieszką na rozgrzewkę, macham niezgrabnie odnóżami, podryguję w rytm klubowej muzyki, ale fajnieee!!! Parę minut przed 10ºº rozstajemy się – dziewczyny zostają w strefie 1:50, a ja idę do strefy 2:20. Pierwotnie miałam biec w 2:10, ale od razu daję sobie 10 minut forów. Zupełnie przypadkiem załapuję się na grupowe foto z pacemakerem – Joanną. Wokół mnie fajni ludzie, lata bąk, żarty się sypią i na moment zapominam, że jestem sama.

Biegamy_z_ochota

Godzina 10ºº coraz bliżej, uruchamiam zegarek, pulsometr działa, sygnał gps znaleziony. Popijam wodę z małej butelki. I nagle dzieje się coś, co mnie kompletnie rozbraja, rozklejam się – z głośników płynie „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. Ludzie śpiewają.

Strzał startera. A my stoimy. No tak – przecież najpierw wybiega elita, potem po kolei następne grupy ludzi. W pewnym momencie tłum koło mnie drgnął, ruszamy! Stajemy. Ledwo się przesunęliśmy o parę metrów. Patrzę na zegarek – tętno 132. A jeszcze nie zaczęłam biec! Rany, przecież dostanę zaraz zawału! Uspokajam się, mija kolejnych parę minut, tłum zaczyna ruszać, idziemy parę kroków, stoimy, idziemy, idziemy coraz szybciej – biegniemy! Whohoooo! Nareszcie! Przebiegam blisko barierki, rzucam pustą butelkę na ziemię, widzę swoich, macham i lecęęę! Niech się dzieje, co chce.

DSC_6186

Biegnę. Wszystko mi w środku buzuje, euforia! Boli mnie noga. Ale czy bardzo? Nie bardzo. Wytrzymam kilka, kilkanaście kilometrów, nawet jak zacznie boleć trochę bardziej. Na trzecim kilometrze łapie mnie kolka. A niech to. Za dużo zjadłam? Nieważne. Uruchamiam ćwiczenia odddechowe, ale jak tu oddychać, gdy koło mnie gra orkiestra wojskowa! Aż mnie zatyka, chciałam krzyknąć DZIĘKUJĘ!, ale nie mogę. Biegnę, oddycham, kolka puszcza. Jakaś dziewczyna koło mnie wpada w stan nerwowy, że my biegniemy w jedną stronę, a rzeka biegaczy koło nas w drugą. Spoko, mówię – tu jest pętla. Biegniemy dalej.

5700f722af532_o

Piąty kilometr – zgodnie z naprędce wymyślonym planem – czas 0:32. Noga boli, ale da się żyć. Staram się biec lekko, równo, nie zrywać. Ale pomimo tego zaczyna mnie strasznie boleć prawa łydka i to jest nowość – nigdy nie bolała. Myślę sobie, że chyba mimowolnie przerzucam ciężar ciała na prawą stronę, ale nic już teraz na to nie poradzę. Punkt z piciem – piję samą wodę. Biegnę. Zbieg, podbieg – i niesamowity widok na te tysiące ludzi przede mną, niebieska rzeka. I Most Gdański. Co za panorama! Słońce odbija się w Wiśle, w oddali Most Świętokrzyski, wieje straszny wiatr, chce mi urwać numer startowy!! Jedną ręką trzymam numer, drugą czapkę. Ale jazda :)

Dziesiąty kilometr, czas 1:05. Cieszę się, że mam taki świetny czas, będzie dobrze! Przecież dyszkę to ja rekreacyjnie biegam, to teraz sobie pyknę drugą. Kolejny punkt z wodą – piję wodę i łyk izotoniku. Biegnę. Szukam moich kibiców, wypatruję czerwonej kurtki, ale zaraz – przecież muszę przecież wrócić na tamtą stronę Wisły… Biegnę. Cały czas równo, trzymam tempo. Na trzynastym kilometrze fotograf Saturna robi zdjęcia biegaczom w rękawkach – mamy pokazywać jak się cieszymy – ale widzę, że mało kto jest w stanie podskoczyć radośnie w górę. Ja podnoszę tylko kciuk w górę, ale chyba za późno ;) Biegnę dalej. Podbieg – przełączam się na tętno – staram się nie przekraczać 160bpm, czyli lekko zwalniam. I most Świętokrzyski – spełnienie mojego marzenia. Nie wiem dlaczego umyśliłam sobie, że najfajniejsze będzie przebiec po Świętokrzyskim. Gra jakaś kapela, kibice dają czadu, nadrabiam stratę z podbiegu.

Piętnasty kilometr, czas 1:38. O minutę dłużej niż chciałam, ale za to solidnie się napiłam na ostatnim punkcie, zjadłam mój batonik, dextrozową tabletkę. Nadal dobrze się czuję, obie nogi bolą, ale ból nie narasta. Biegnę i co widzę?! Sąąąą!! „Moi” kibice!! Mamo, biegnij!! Krzyczę „BIEGNĘ!!„, i biegnę dalej, rany, ale to dodaje mocy!

20160403_120155_03_wp

20160403_120155_18_wp

20160403_120158_16km

Dobiegamy do Łazienek, kurde, to już niedługo koniec, zbliża się osiemnasty kilometr a ja wpadam w delikatną panikę – co to będzie, jeszcze nigdy nie przebiegłam więcej niż 18 kilometrów! Co TAM DALEJ jest? Kryzys? Ściana? Zemdleję, czy coś? Biegnę, czuję się trochę jak Forrest Gump. Bolą mnie nogi, ale trzymam tempo, nic się złego poza tym nie dzieje. W parku widzę coś, co mnie wytrąca z równowagi, coraz więcej ludzi przestaje biec, idą, schodzą na bok, masują nogi, rozciągają. Słyszę karetki. Zbliżamy się do ostatniego punktu z piciem, wypijam prawie cały kubek izotoniku plus pół kubka wody a drugie pół wylewam na siebie. Nastrajam się na górkę.

Podbieg na Belwederskiej. O zgrozo… Dałam radę ledwo parę kroków – rezygnuję. Wchodzę. Ktoś obok próbuje podbiec – rezygnuje. Mało kto biegnie, idziemy sobie razem dziarsko. Podbieg się kończy, robi się płasko, biegnę. O nie! Nie mogę! Nogi mi się przykleiły do asfaltu! Raz, dwa, raz, dwa – biegnę! O masakro! Jeszcze tylko kawałek! Ludzie stoją obok, krzyczą – jeszcze tylko kilometr!! Dasz radę!! Bannery mówią wielkimi literami „zaraz koniec tej przyjemności„. Ale ktoś ma poczucie humoru, niech go. Widzę oznaczenie 20 km, rozpędzam się. Tempo 6:15, trzymam, prześcigam jakichś ludzi, widzę metę. Rozpędzam się jeszcze bardziej. Jeeeeeeeest!!!! META!!!!! Patrzę na zegarek – tempo 4:45. Miał rację ten, kto powiedział, że na mecie będzie wiadomo, kto dobrze ćwiczył przebieżki, ja pierniczę! Chce mi się krzyczeć, płakać, wszystko naraz. Zatrzymałam się… Nareszcie… Koniec.

Mhm. Ale gdzie ja mam teraz iść??? Przed sobą widzę gęsty, nieruchomy tłum ludzi. Aha… Korek. Stoimy w korku! Wszystko było pięknie zorganizowane, aż do mety. Zaraz za nią jest wąskie wyjście, w którym tkwimy uwięzieni. Trwa to około 15-20 minut. Najpierw dostajemy medale, mamroczę „dziękuję”, piiiić mi się chce! Są wolontariusze – rozdają wodę zgrzewkami, wszyscy sobie wyrywają butelki, dobra mam jedną – za chwilę dostaję jeszcze izotonik.

Wydostaję się z tego ścisku, stoję, rozglądam się. Aha. No tak. Nie mam przecież telefonu… Jak my się znajdziemy z całą resztą? Postałam chwilę, pogapiłam się dookoła, po czym postanowiłam poprosić kogoś o „pożyczenie” telefonu. Okazało się, że staliśmy od siebie dosłownie parę metrów :) No i znowu, piiiiski, wrzaski, okrzyki radości, wszystkie trzy jesteśmy całe, zdrowe i szczęśliwe. Tylko… czemu tak cholernie bolą mnie palce u nóg?! Potem sprawdzę. Najpierw ciastki i muffinka. Do metra idziemy na pieszo na moją prośbę, chciałam iść, żeby jeszcze poruszać tymi napiętymi mięśniami. Rozciąganie nóg zrobiłam na stacji metra Centrum, a co mi tam :)

DSC_6223

DSC_6220

Tutaj link do wszelkich szczegółów – jakby ktoś chciał więcej cyferek i statystyk: http://www.movescount.com/pl/moves/move99696283 i link do filmiku: https://www.youtube.com/watch?v=2XVrkvVbhHM

Tradycyjnie – podsumowuję. Jestem z siebie bardzo zadowolona. Plan treningowy, który zrealizowałam, zakładał przebycie dystansu półmaratonu w tempie 6:30 min/km – ja miałam średnie tempo 6:38 wg czasu z czipa – biorąc pod uwagę ból nogi już na starcie – rewelacja. Biegło mi się dobrze, miałam dużo przyjemności w obserwowaniu tego co dzieje się wokół mnie, miasta, ludzi. Czuję, że nie dałam z siebie wszystkiego, miałam jeszcze rezerwy, ale – zostawiam je na następny raz. W końcu – to był mój pierwszy półmaraton, ale na pewno nie ostatni!

enduhub

Organizację półmaratonu oceniam świetnie – poza wspomnianą już metą. To była porażka, na całej linii. Koło mnie nic się nie wydarzyło, ale czytałam tu i ówdzie o przypadkach zasłabnięć – właśnie tam, w tym korku, a sanitariusze nie mieli jak dojść do potrzebujących pomocy ludzi.

Kibice – rewelacyjni. Szczególnie utkwili mi w pamięci: orkiestra wojskowa przy Grobie Nieznanego Żołnierza, bardzo starsza pani w oknie na parterze z ołtarzykiem ze sztucznych kwiatów i zdjęciem Jana Pawła II – uśmiechnięta, machała i zagrzewała nas do biegu, zakonnica przy którymś punkcie żywieniowym – spokojnie mówiła przez megafon: „biegnijcie, biegnijcie dalej, tam jest woda, niedługo meta, biegnijcie – dacie radę!”. No i te wszystkie kapele, dzieci, ludzie z plakatami w stylu: „Chuck Norris nigdy nie przebiegł półmaratonu – sprawdzone!” albo „zesraj się, a nie daj się – pranie gaci na mecie gratis” i najlepsze – „ból przeminie – duma pozostanie na zawsze”. Coś niesamowitego :)

Co zawaliłam? Nie posmarowałam twarzy filtrem, ale szczęśliwie miałam duży daszek. Nie spiłowałam paznokci u nóg na zero, skutkiem czego z dwoma muszę się pożegnać. Nie zabrałam ze sobą pomadki ochronnej – usta mi całkiem spierzchły od oblizywania i wiatru.

DSCF9022

I to chyba wszystko… Jeszcze kilka dni regeneracji przede mną, poczekam aż minie mi ten męczący ból nogi i… może jednak zrobię ten plan na 50′ ;)

Inne relacje z tego samego biegu:

Artur, mąż mój, opisał wydarzenie z punktu widzenia kibica: Połówka, czekolada, lody i kebab,
Anna – współbiegaczka, zastanawiała się czy Byle dobiec, czy biec na czas?
Witek – biegacz z blogosfery Zrobił połówkę.

P.S.
Wszystkim, którzy mi kibicowali, robili zdjęcia, pomagali, przenocowali, nie przestawali wierzyć w moje możliwości i wysłuchiwali moich jęków i niekończących się historii z treningów – DZIĘKUJĘ!
P.P.S.
„Zaliczenie” dystansu półmaratonu zdecydowanie zaliczam do rzeczy niecodziennych…

12

  • Wspaniała relacja. Zabrałaś nas ze sobą na wspaniałą wycieczkę biegową po Warszawie. I powiem Ci, że nie wyglądasz na zamęczoną tym dystansem :) Teraz się regeneruj i wiesz… Półmaraton to taki fajny dystans. „Do ogarnięcia”. BIegnie się swobodnie, jest jak dobry film, który się ogląda swoimi oczami. Czasem nawet żal, że się kończy, że jeszcze kilometr, dwa i będzie już po… Pozdrawiam, podziwiam i gratuluję :)

    • Dziękuję!!! Zapomniałam o tym napisać w poście, ale dodam tutaj – jak ruszała „moja” strefa, to pani przez mikrofon zapowiedziała nas jako tych, którzy nie dość, że biegną, to jeszcze zwiedzają Warszawę. Trochę się wstępnie obruszyłam, ale kurczę – faktycznie tak przecież było! Oglądałam sobie budynki, mosty, rzekę, ludzi i miałam w tym masę frajdy! Bo dla mnie sam bieg to za mało, musi być jeszcze coś fajnego dookoła :) Z półmaratonów to teraz mi się marzy TriCity Trail w Trójmiejskim Parku Krajobrazowym w okolicach Wejherowa.

  • Suuuuuuper!!!! Wow ja prawie nic nie rejestrowałam z tego gdzie jestem. Jakieś bodźce do mnie docierały ale nie miałam wlasnie tej frajdy biegania – zwiedzania ;) swietnie sie czyta i czułam sie tak jakbym tak była. Zaraz, zaraz, chwileczkę…ah no tak przecież ja tam byłam :DDD Ewka gratuluje! Ja chyba dzis idę pobiegać, bez żadnego planu, zobaczę jak bedzie :*

    • Ano widzisz – ja byłam w grupie biegaczy – turystów, następnym razem zapraszam – będę Twoim przewodnikiem, haha :D

  • Ileż emocji w tej Twojej relacji. Dziękuję za tak dokładne przekazanie tego co się wtedy czuje od początku do końca. :-) Obstawiam, że też nie mogłabym spać a Twoje argumenty przekonywujące, że dasz radę – mistrzostwo.
    :-D Gratuluję po raz kolejny. Po raz kolejny z całego serca. Śledziłam transmisję, więc myślami byłam z Tobą i mocno trzymałam kciuki. A potem poszłam pobiegać. :-D Świetnie Ci poszło, mimo kłopotów z nogą. Brawo brawo brawo. Tylko brać przykład. :-) Idziesz jak burza w bieganiu, ale w pisaniu też. Pisz jak najwiecej. O wszystkim. Bo lubię Ciebie czytać. :-) Jeszcze raz gratuluję. :-*:-*:-*:-*:-*

    • Dziękuję!!! Na zewnątrz może nie zawsze to widać, ale ja jestem okropnie emocjonalna, strasznie wszystko przeżywam… Czasem jest to fajne, ale czasem przeszkadza – na przykład w spaniu, hihi :)

      Dziękuję za doping, wszystkie ciepłe słowa i w ogóle – za to, że jesteś! Buziaki wielkieeee!!

  • Śledzę Twoją historię od początku roku i jesteś taka inspirująca :)

    • Ojej, witaj!!! Sto lat Cię nie widziałam! Dziękuję!! Fajnie, ze się ujawniłaś!

  • Super się czytało. Strasznie szkoda tej nogi, która już na starcie postanowiła się zbuntować. Tak sobie myślę, że skoro na finiszu byłaś w stanie aż tak ładnie się rozpędzić to masz spory potencjał, żeby konkretnie poprawić osiągnięty czas. Tobie też było tak zimno kiedy wbiegaliśmy na Pragę. Na moście panował straszny wygwizd. O dzwio na Świętokrzyskim wiatru nie pamiętam. Pamiętam za to, że na moście było względnie cicho, ale zaraz za nim wbiegało się w tłum dopingujących kibiców. Człowiek się czuł jak jakaś gwiazda witana przez fanów. Kapitalne chwile. Może zrobimy sobie kiedyś jakieś blogowe bieganie&spotkanie? Trochę nas jest.

    • Dzięki :) Noga się nie zbuntowała, noga się popsuła na treningu kilka dni przed połówką, kiedy to idiotycznie całkiem zrobiłam życiówkę na 10km… Taka sytuacja… Gęsia stopka się nazywa. Strasznie wiało na moście Gdańskim, na Świętokrzyskim już nie. Strefa kibica za mostem faktycznie nie źle zagrzewała :) A na Pradze? Zimno? Nie pamiętam… Blogowe spotkanie+bieganie super, tylko gdzie, kiedy?!

  • MEGA!! Gratulacje Yvette!! :D Ja bym w życiu nie dała rady!! Świetna recka btw!
    ps. A jak kostka i noga po biegu?

    • DZIĘKI!! Ja mam jeszcze cały czas wahania nastrojów – raz myślę, że oj tam, pobiegłam i co? a zaraz myślę – ja pierdzielę! Tyle kilosów!! Zwariowałam? Czy co?
      Noga boli, ale boli mnie w innym miejscu niż przed biegiem, nie kostka, nie gęsia stopa, tylko pod rzepką dla odmiany. Nie ogarniam. Dzisiaj poszłam pobiegać i ból oceniam na znośny, powiedzmy – w granicach normy na czwarty dzień po zawodach, będzie chyba ok. Tylko muszę się teraz przyoszczędzić i poćwiczyć mięśnie dookoła :)

      • A czy Ty się rollujesz?

        • Tak w ogóle – tak. Ale po tej połówce nie. Po pierwsze dlatego, że wyczytałam, że masaż i rollowanie zmasakrowanych biegiem mięśni nic nie da – a nawet może pogorszyć ich stan, a po drugie, że nie dowierzając temu co wyczytałam, oczywiście spróbowałam (bo przecież ja jestem najmądrzejsza), i skończyło się to TAKIM bólem, że podziękowałam. Postawiłam na zimno / ciepło (prysznic), maść viprosal i odpoczynek :) Jest ok. Tylko to kolano jeszcze ciągle daje o sobie znać…

          • A wiesz że ja bym zrobiła to samo! Nie uwierzę dopóki nie spróbuję sama. No ale teraz wiesz że to co pisali o tym to prawda ;). Życzę żeby kolano szybko przestało o sobie przypominać :)

          • Haha, człowiek to taka przekorna istota jest :) Kolano coraz lepiej, z każdym dniem – tylko jeszcze niech forma wróci – cały czas jeszcze czuję ten wysiłek w płucach i tętnie, co za pieruństwo…

          • Bo to dla organizmu była walka! Bedzie dobrze :*

          • Nie widzę innej opcji :) Tym bardziej, że w niedzielę kolejna walka! :D

          • oo, a co w niedziele??:)

          • A w niedzielę mam start na 10 km – bieg towarzyszący do DOZ Maratonu w Łodzi. W ogóle to ja też jestem udana – jak spojrzę w mój enduhub, to się okazuje, że mam mnóstwo startów na 5km i jeden na 21. I nic pośrodku, haha :) Do jesieni będę uzupełniać tę lukę :)

          • Po prostu pojechałaś po bandzie i juz! :D
            ps.No to kuruj się do 10ątki! :)

          • Kuruję, trenuję :) A widziałaś inspirację cukiniową co Ci wrzuciłam na insta?

          • Tak!! Dzięki! :D

  • No teraz mnie wzruszanie dopadło. Pomimo, że tam byłem czułem się, czytając jakbym był tam drugi raz. Po drugiej stronie barierki :) Gratuluje jeszcze raz i podkreślę publicznie… To naprawdę wielka rzecz! Jestem z Ciebie dumny i rozpowiadam wszystkim co Ty najlepszego zrobiłaś :P

    • No co ja najlepszego zrobiłam? Przeciągnęłam rodzinę 300 kilometrów po to, żeby stali, machali i trąbili na wuwuzeli :D

      Dzięki Kotek :D

  • mgr inż. Anioł

    Gratulowałem Ci juz wcześniej, ale po przeczytaniu robię to jeszcze raz, bo nie zdawałem sobie sprawy, że przebiegłaś ten dystans z bólem nogi…. Z relacji biją emocje ! Dobrze się je czuje. Zwykle sam je czuję, ale gdy czyta się o czyichś to przychodzą inne myśli. Czytam bowiem słowa kogoś, kto przełamuje własne bariery. Nie wiedziałem o tym, że nigdy wcześniej nie przebiegłaś tego dystansu, a to mocno zmienia sprawę, bo tak jak piszesz, człowiek nie wie co czeka go za, którymś kilometrem, którego nigdy jeszcze nie przebiegł :-) Te emocje, o których piszesz, pokazują jak nas, dorosłych już w końcu ludzi bieganie może wzruszać, poruszać, bawić, stresować, sprawiać że nie śpimy i że… żyjemy mocniej :-) Pewnie zaraz będziesz miała tak, że zatęsknisz za tym wszytskim… parę dni coś poboli a potem będzie myśl, żeby jak najprędziej powrócić na trasę… :-)

    • Dziękuję! Masz rację – już myślę, co by tu… Dzisiaj wyszłam pierwszy raz polatać, bo mnie nosiło, ale nogi mam ołowiane póki co, jeszcze nie doszłam do siebie. Natomiast, pomimo braku lekkości, bardzo mi to dobrze zrobiło, przewietrzyłam się, zrobiłam fotki kwiatków i w głowie zrobiło mi się jakoś jaśniej. Bo przyznam się szczerze, że poprzednie dni miałam lekką dolinę, przychodziły mi do głowy pomysły, że noga się nie zagoi i już nigdy nie będę mogła biegać, i inne tego typu rzeczy – mam tendencje do pesymizmu niestety ;)
      A jeśli chodzi o te wszystkie emocje i przekraczanie barier – jak dla mnie to esencja biegania. Nie sam wynik, tylko te wszystkie przeżycia. Przed, w trakcie i po :D

      A jak Ty się czujesz tych kilka dni po Paryżu? Bardzo jestem ciekawa!

      • mgr inż. Anioł

        Ja fizycznie czuje się znakomicie. Wczoraj biegałem i gdyby nie to że trener kazał powoli i regeneracyjnie to pobiełbym dyszkę na 50 min. Ale psychicznie…. masakra :-) właśnie piszę o tym wpis… ale ciii… Bookworm jeszcze nie wie, że mu się wepcham na bloga :-)

        • Oki – nic nie powiem i czekam z niecierpliwością! Kiedyś czytałam o depresji maratończyka i jakkolwiek daleko mi do depresji, to chyba mniej więcej wiem o co chodzi… Tyle się robiło, działo, wytężało wszystkie siły a tu nagle… Koniec. Meta…

          • mgr inż. Anioł

            Dokładnie tak. Ale jako, że ja jestem osobą mało depresyjną, to u mnie trwała ze 5 h i pięknie się z niej wyleczyłem :-)

          • No i super! U mnie się skończyła w momencie wydrukowania nowego planu treningowego ;)

        • Hurra! Będzie wpis. :-D Ja też nic nie powiem. :-P

          • Ewa

            Nie mów Basiu :D

  • Cudowna relacja…”mamo biegnij”….to niesamowity doping, aż się wzruszyłam:) Bardzo się cieszę i gratuluję z całego serca;)

    • Jeej, mi przypomniałaś ten moment i zaraz mam znowu kluchę w gardle… :D Dziękuję!!!